Miesiąc: Luty 2014

1-2-3 Bloger/Fejmus #3

1-2-3 bloger-logo-01No i znowu mamy piątunio, a jak piątunio to czas na wywiad.

A więc miłej lektury :)

Agnieszka ‚Aeth’ Jędrzejczyk – Wiedźma na Orbicie, geek, Krakowianka (nie wiem czy z dziada pradziada), wielbicielka science-fiction, fantasy oraz dobrych horrorów. Pisze na blogu http://wiedzmanaorbicie.pl. Kiedyś grała w RPG, ostatnio bardziej pochłaniają ją gry video, z których największym uczuciem darzy serię Final Fantasy. Można posłuchać (i pooglądać) ją w Raporcie Obieżyświata. Maniaczka amerykańskich seriali, pisała o nich dla serwisu Serialowa.pl. Darken podziękował jej w Creditsach TSOY, jej gościnne teksty pojawiają się na Pulpozaur.pl, zagościła też na Geekozaur.pl (za dużo -zaurów w naszych internetach), nie wiem czy bardziej Blogerka, czy Fejmuska.

1. Dlaczego przekonujesz ludzi do oglądania seriali, które nie sa aż tak popularne? Radzisz sobie z odpieraniem krytyki, że dana pozycja nie jest fajna, że są lepsze i tak dalej?

Powiem tak: po pierwsze nie uważam, że serial nie aż tak popularny automatycznie oznacza, że jest gorszy, po drugie zazwyczaj staram się przekazać, dlaczego dana produkcja mi się podoba i co w niej do mnie przemawia – w myśl, że na pewno znajdzie się ktoś, komu będą podobać się te same lub podobne rzeczy. Piszę zazwyczaj o pozytywach, ale nie staram się też ukrywać negatywów. Wręcz przeciwnie, jeśli mam z serialem jakiś problem, wyraźnie go zaznaczam. A dlaczego przekonuję (aczkolwiek wolę mówić, że „pokazuję”)? Fantastyka ma sporo seriali lubianych i cenionych, ale też znaczna większość z nich to produkcje z lat przeszłych. Tysiące razy spotykałam się z komentarzami, że „a, dobrych seriali już nie ma, dzisiaj wszystko jest takie kiepskie i nie ma czego oglądać”. Zawyżone oczekiwania wzorowane na niedoścignionych klasykach sprawiają, że faktycznie, dzisiejsze produkcje, w większości znacznie lżej traktowane, przegrywają z tymi oczekiwaniami przedbiegach – ale to wcale nie oznacza, że serial nie ma żadnej wartości. Szukam tej wartości, tego „fun factoru”, piszę o nim i staram się pokazywać, że można się danym tytułem z powodzeniem cieszyć. Bo serial wcale nie musi być nie wiadomo jak dobry, żeby był fajny.

2. Jaka jest recepta na poczytny blog i czy czerpiesz z tego jakieś korzyści materialne (jak blogerscy fejmusi?)

Recepta jest prosta: pisać, pisać i jeszcze raz pisać. Blog nie napisze się sam, bloger nie stanie się popularny, jeśli do pokazania będzie miał tylko pustą przestrzeń. Z drugiej strony, pomaga też aktywność w social mediach – nie tylko poprzez linkowanie, ale komentowanie bliskich tobie spraw, wydarzeń, tematów. Poprzez bycie sobą, jakkolwiek kliszowo to brzmi. Ale co mnie najbardziej pomogło, to chyba dystans. Na początku podchodziłam do blogowania strasznie poważnie, bardzo uważnie dobierałam słowa, starałam się pisać „profesjonalnie”, elegancko, ładnie. Potem mi to przeszło, wyluzowałam, zaczęłam pisać bardziej „ludzkim” stylem, takim, w którym słowa szybciej płyną. I to chyba o to chodzi, żeby się po prostu dobrze ze sobą i swoim blogiem czuć. Nic na siłę.

A korzyści materialnych nie czerpię – głównie dlatego, że trafiają mi się same niefajne ;)

3. Twoje sposoby na hejterów ?

Najprościej mówiąc: żadne. Wychodzę z założenia, że każdy ma prawo wypowiedzieć swoje zdanie, więc proszę bardzo, niech wypowiada. Zazwyczaj nie chce im się później kontynuować tematu, kiedy wyczytują w moich odpowiedziach totalnie luzackie podejście. Co się nie podoba? Spoko. Coś nie pasuje? Ok. Wcale nie musi. Dopiero, gdy taki hejter zaczyna wjeżdżać na innych czytelników i robi się nieprzyjemnie, włącza mi się tryb moderatorski, zazwyczaj bardzo – jak by to powiedzieć – cięty. Kasuję i się nie przejmuję. Nie mam problemu z hejterami (tymi hejterami-hejterami). Co innego, kiedy czas na konstruktywną krytykę ;)


Dlaczego Sherlock powinien zostać martwy…

tumblr_m7jjcchJpz1rb3la5o1_400Serial Doctor Who jest dla mnie niesamowitym fenomenem na skalę wręcz niewyobrażalną. Ale tak to jest, że każdy lubi coś innego. Ja lubie i do dzisiaj oglądam Supernatural, który – jak twierdzi wiele osób – skończył się po Kill’em All. A przygody Doktora totalnie do mnie nie przemawiają, wręcz jest dla mnie niezrozumiałe skąd tak olbrzymia popularność tego serialu. I od razu powiem – tak oglądałem. Żeby nie było.

Ale dlaczego o tym wspominam? Bo chcę napisać o innym serialu BBC, który zawiódł mnie ostatnim swoim sezonem. Tak tak – Sherlock z fanem wszystkich nastolatek Benedictem C. niestety nie porwał mnie, tak jak poprzednie dwa sezony. A kazano nam czekać tak długo, na wyjaśnienie tego  jak możliwe jest, że główny bohater zginął ale nie zginął.

Zacznijmy od pozytywów – w trakcie całego sezonu było niewiele sytuacji, które naprawdę wywołały u mnie to niesamowite uczucie dostania pięścią między oczy w czasie seansu. Przy poprzednich sezonach wyżej wspomniany stan nie opuszczał mnie ani na chwilę. Początek zapowiadał się obiecująco – roztrząsanie kwestii śmierci Holmesa, śmieszne, idiotyczne, wręcz niesamowite teorie dotyczące całego wydarzenia i klub spiskowej teorii dziejów to jedne z nich. Potem już tylko scena w restauracji i akcent Cumberbatcha i … koniec. Kurcze – co się dzieje? Łot de Fak, że tak zapytam. Rozumiem, że na serial hitowy, wielbiony i cholernie inteligentny. W końcu to BBC i spodziewamy się dobrej rozrywki, rozpieszczeni poprzednimi sezonami jednego z najlepszych seriali ostatnich lat!  Fanboye (i fanboyki? Fangirls?) narzekać nie będą, ale proszę – spadek jakości jest zauważalny. Do tego stopnia, że zaczynałem się nudzić momentami. Dlaczego od początku było wiadomo, że luba Watsona jest „jakaś lewa”? Kto nie miał takiego wrażenia, niech pierwszy rzuci kamieniem. Dlaczego odcinek o ślubie był totalnie nieśmieszny? Scena w której główny bohater chodzi po sali opowiadając o siedzących tam ludziach to przeciętny zapychacz czasu (nomen omen takie zachowanie Holmesa miało właśnie czas zapchać, ale chyba nie o to do końca chodziło scenarzystom). No i w końcu – jak to jest możliwe, że finał sezonu, który zapowiadał się świetnie – nowy Główny Zły, niemalże dorównujący Holmesowi umiejętnościami został zmarnowany? W ogóle – odniosłem wrażenie, że tylko pierwszy odcinek był w miarę spójny. Drugi i trzeci był niejako wymuszony. Zwłaszcza końcówka – i nie chodzi mi o Wielki Powrót Wiadomo Kogo. Bardziej sytuacja z willi Magnussena, gdzie w pewnym momencie odniosłem wrażenie, że scenarzyści nie mieli pomysłu co zrobić – bili się z myślami: zostawiamy nowego adwersarza, co jest ryzykiem czy może gramy bezpiecznie i sięgamy po duet, który zapewnił niesamowitą chemię poprzednim sezonom? Skorzystano z opcji numer dwa, co mnie osobiście rozczarowuje. Moriarty i jego powrót jest – przynajmniej w kontekście scen z końcówki finału – wymuszony. Magnussen – ze swoimi możliwościami, wpływami, reputacją i własnym Mind Palace byłby idealnym przeciwnikiem na kolejny sezon. A kiedy wszyscy zapomnieliby o Moriartym, można było przywrócić go za jakiś czas i zwiększyć efekt WOW. A tak – za szybko, za płytko, za…trywialnie? Ale na koniec pozostawiłem sobie największe nieporozumienie w całym serialu. Ja rozumiem, że Mind Palace, geniusz, że Benedict jest przystojny, ujmujący i ma szalik. Ale na wszystkich bogów! Jak on był w stanie przewidzieć trajektorię kuli i się przed nią uchylić zmartwychwstając. No bez przesady panowie scenarzyści. W takim wypadku Moriarty powinien po prostu zdetonować nuklearkę pod Baker Street i będzie po sprawie.

To co znajduje się powyżej to tylko polskie (bo w tym jesteśmy dobrzy) narzekania Polaka. Mam olbrzymią nadzieję, że ten trzeci, średnio udany sezon jest tylko wypadkiem przy pracy i kiedy Holmes i spółka powrócą na nasze ekrany znowu będę zauroczony, jak gdy zaczynałem oglądać Sherlocka i nie mogłem się oderwać. Mam nadzieję, że to przygrywka do tego co czeka nas w przyszłości.

1-2-3 Bloger/Fejmus #2

1-2-3 bloger-logo-01Mamy piątunio, więc czas na kolejną część mojego cyklu 1-2-3 Bloger/Fejmus.

Dziś w programie mamy kobietę (bo wiecie, parytety, dżendery i te sprawy ;) ). Bez zbędnych zapowiedzi, bo postać to znana i lubiana. Zapraszam do lektury!

Marta ‚Denae’ Matyjewicz – fejmuska, social media ninja, geek, matka, żona i ponoć kochanka. W chwili obecnej Matka Dyrektor na popularnym i poczytnym fanpage’u Grające Kobiety. W przeszłości pisała o grach konsolowych na Polterze. Fanka Cosplayu, Walking Dead, Cycków i Mass Effect – a przynajmniej to wylewa się najczęściej z jej profilu na Facebooku. Kolejność powyższych jest zupełnie przypadkowa. Obdarzona talentem graficznym i edytorskim.
1. Czy wychowanie syna przeszkadza Ci w spełnianiu swoich pasji i zaspokajaniu potrzeb Geeka/Nerda?
Na tym polega pewien paradoks, że im mam mniej czasu tym… mam go więcej. Wymaga to ode mnie pewnej gimnastyki i planu, ale żeby normalnie funkcjonować i nie wypaść z obiegu jest to konieczne.  Bo widzisz, nie wyobrażam sobie, żebym była w stanie zrezygnować z moich pasji i żebym mogła zatracić swoje „ja”. Urodzenie dziecka to nie jest jakaś choroba, jakiś specjalny stan. Dlatego odpowiadając na Twoje pytanie – nie, nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. Pomaga. J Nie tylko ze względu na wspomniane wyżej żonglowanie czasem, ale także ze względu na to, że zwiększa to moją perspektywę. Po prostu mam małego geeka do wychowania, muszę poznawać nowe rzeczy, które mogę mu potem podsunąć. Jeżeli się tym zainteresuje (bo biorę pod uwagę sytuację, że może go to kompletnie nie jarać. I wtedy nic strasznego się nie stanie.) to będę mogła zaoferować mu starsze, klasyczne rzeczy. I wtedy to dla mnie będzie nostalgiczna podróż po klasyce. Przyznaję też, że z utęsknieniem wyczekuję wieczorów. Wtedy mam czas dla siebie, który przeznaczam na zaspokajanie potrzeb geekonerda.

2. Czy prowadzenie takiego fanpage’a jak Grające Kobiety wymaga dużo czasu? Animowanie całej grupy ludzi wymaga wiedzy/czasu/zasobów. W jaki sposób radzisz sobie z tym wszystkim? Jak pozyskujesz partnerów/sponsorów.

Tak, jest to czasochłonne, zwłaszcza jeżeli interesujesz się swoją społecznością. Moim zadaniem jest nie tylko dostarczenie treści (co akurat ułatwiają mi pewne narzędzia) ale głównie angażowanie się w rozmowy. Fani generują spory ruch (i na fanpejdżu i na grupie dyskusyjnej), więc mam co robić.  Ciągle dbam o to, żeby wiedzieć co w trawie piszczy. Nie ma możliwości, żeby prowadzić taką stronę bez zaplecza. Jeżeli chodzi o czas – to nie chciałam tego pisać wcześniej, ale mam własną TARDIS, a resztę dopowiedzcie sobie sami. ;-) A na serio, to radzę sobie. Nadal nie odczuwam efektu wypalenia, wręcz przeciwnie. Mam ciągle nowe pomysły. Co do partnerów i sponsorów – na razie to oni odzywają się do mnie. Przychodzą z pewnymi propozycjami. Wtedy ja zastanawiam się czy warto i od której strony mogę ugryźć temat.

3. Czy Twój mąż podziela Twoje pasje? Czy przeszkadza mu to co robisz/czym się pasjonujesz?

Podziela (nie ma wyjścia ;-)), bo jakoś nie widzę siebie w związku z osobą, która kompletnie nie czai czaczy. Taki związek by dla mnie długo nie przetrwał. My się nawzajem wspieramy, dopingujemy, planujemy. Adahl prowadzi swojego bloga geekowskiego, ja będę prowadzić swojego. Właściwie nasze zainteresowania się zazębiają, ale każde ma swój sposób patrzenia na określone zagadnienia. Zatem podczas gdy w domu statystycznego Kowalskiego dochodzi do rozmów na temat sportu, polityki, u nas rozstrząsamy, które gry mają lepsze wątki fabularne, czy która postać ma lepsze możliwości rozwoju. Dobrze jest mieć kogoś takiego, z kim można się niezobowiązująco i na fajny temat „posprzeczać”, przy gotowaniu obiadu. ;-)

1-2-3 Bloger/Fejmus #1

1-2-3 bloger-logo-01No to zaczynamy mój mały cykl miniwywiadów/prezentacji sylwetek. Ponieważ dzisiaj jest wielki start, postanowiłem, że zaprezentuje odpowiedzi na 4 a nie 3 pytania. Aby nie przeciągać tego łzawego momentu, oto jest:

Daniel Karpiński a.k.a. karp – bloger, tfórca, koordynował/współtworzył fanowskie projekty rpgowe takie jak: Sześciostrzałowiec, Waagh!, Salkalten: Nadzieja Ostlandu. Z pomysłem na setting SW Krzyżowiec dotarł do finału konkursu Światotworzenie zorganizowanego przez wydawnictwo Gramel. I cisza. Osobiście bardzo fajny i rozsądny gość. Jeździ na dziwne wypady rpgowo-planszówkowo-karciane, które mają jeszcze dziwniejsze nazwy jak GEJ, czy EVIL. Następny wyjazd na pewno będzie miał kryptonim DŻENDER.

1. Co z Krzyżowcem? Wydasz, nie wydasz?
Nie, zrobi to Ramel – o ile wszystko pójdzie dobrze i np. nie straci do mnie cierpliwości :) . Chciałbym dociągnąć ten projekt do końca, bo włożyłem w niego sporo pracy, zresztą miałem też kupę dobrej zabawy, bo kampanię (dwanaście scenariuszy) przetestowałem w całości na dwóch ekipach. Mam nadzieję, że z Krzyżowcem będzie jak z winem i czas wyjdzie mu na dobre. Poznałem wiele innych settingów, można powiedzieć, że nauczyłem się Savage Worlds w praktyce, sporo wniosków wyciągnąłem też z uwag testerów.

2. Jesteś fanbojem Savage Worlds? Kupiłeś Ramelowi spodnie na bazarze?
I to z markową metką, a zamierzam jeszcze dokupić nauszniki, pończoszki i botki na koturnach. Z SW po polsku łykam wszystko, nawet rzeczy, których pewnie nigdy nie poprowadzę. I nie, nie jest to wspieranie rynku, tylko inwestowanie w mięcho, które potem wykorzystuję na sesji.

3. Kogo najbardziej lubisz i szanujesz na naszej scenie.
Lubię czytać Dziodblog Dracha, ma facet lekką rękę, nadaje na podobnych falach i pisze świetne scenariusze. Lubię Kurwidołek Furiatha, bo Michał rusza ciekawe tematy pobudzające fajne dyskusje. Nie czytałem jego słabego tekstu. Mam szacunek do Borejków, za czas jaki wkładają w hobby. Cała grupa jest bardzo aktywna i nikt mnie nie przekona, że to jedna osoba, tym bardziej, że raz na jakiś czas mają konflikty wewnętrzne i wówczas podpisują się swoimi nickami (Kapitan Troll’neta, Lovecrafresku, Przystojny Pan Adrian…).

4. Dlaczego Ty jesteś takim spokojnym człowiekiem? Na tyle na ile śledzę nasz mały rpgowy (pół)światek to nie zagłębiasz się w shitstormach, flejmach i tym podobnych sprawach.
Flame ma to do siebie, że można się poparzyć, a shitstorm nawet jak nie pobrudzi, to i tak zostawi niemiły zapach. Nie znaczy to, że czasami nie zdarzało mi się zagalopować. Prawda jest jednak taka, że szkoda życia na ubliżanie komuś w sieci, zwłaszcza jak przy spotkaniu na żywo wszystko i tak zamazuje jeden kufel piwa – zazwyczaj zresztą piąty.

Tfórczość tego jakże spokojnego i fajnego gościa możecie znaleźć na jego blogasku: karp w sieci
A za tydzień – kobieta! I nie będzie to to Żenderra!

Cold and Dark, czyli ani zimno, ani ciemno…

cold-and-dark-793x1024Lubie wszelakie settingi i gry osadzone w kosmosie. Nie jestem może jakimś zagorzałym ich fanem, jednak na wszelakiego rodzaju systemy rozgrywające się wśród gwiazd spoglądam z zainteresowaniem. Cold and Dark – patrząc tylko na materiały prasowe – zapowiadało się jako coś naprawdę fajnego. Napakowane informacjami, pomysłami i konwencjami. Nic tylko przeczytać, wytłumaczyć, grać. No cóż… Nie do końca.

Zacznijmy od pewnej dość ważnej, w moim mniemaniu, kwestii. Podręcznik do recenzji dostałem w formie elektronicznej, co oznaczało, że nie posiada on okładki, a także – ponieważ nie posiadam fizycznego egzemplarza podręcznika – nie jestem w stanie stwierdzić, jak bardzo (i czy w ogóle) różni się on od wersji drukowanej.

Zacznijmy od tego, jak Cold and Dark wygląda. Z tego, co znalazłem na stronie wydawcy, wydanie drukowane ma wersję z twardą / miękką oprawą, a wszystkie ilustracje znajdujące się w środku podręcznika są w pełnym kolorze. Czyli standard jeśli spojrzeć na zachodnie wydawnictwa. Jednak po ilustracji na okładce (która w moim mniemaniu jest świetna) w środku znalazłem już tylko kilka zachowanych w podobnym klimacie. W większości rysunki (których jest sporo) nie podobały mi się, ale to kwestia gustu. Jeśli chodzi o czcionkę, to jest ona czytelna i nie przeszkadza w odbiorze. Czyta się szybko i sprawnie. W książce znajdują się jeszcze dwa elementy – jeden wypada ocenić na plus, drugi na minus. Pozytyw to rysunki COG, czyli Customized Operation Gear(Modyfikowalny skafander operacyjny), dokładnie opisujące wszystkie elementy tego ważnego stroju. Opis i mnogość opcji jest dość spora (o czym więcej dalej), dlatego rysunki opisujące podstawowe elementy są jak najbardziej pomocne. Minusem jest opis graficzny galaktyki Syriusza. Osobiście uważam, że zmarnowano 40 stron na których znajdują się grafiki przedstawiające planety (po co?) i układy planetarne. Informacji zawarto tam bardzo mało (niecałe pół strony opisu i kilka podstawowych informacji), przeznaczając resztę miejsca na spore grafiki, które nic nie wnoszą do gry. Zawarte tu informacje można było zmieścić na 10 stronach, odchudzić książkę i obniżyć jej cenę.

Przechodząc do settingu. Mam wrażenie, że autor chciał upchnąć w jednym miejscu wszystko to, co inspirowało go przy tworzeniu Cold and Dark. Przez to możemy w jednym systemie rozegrać scenariusz w konwencjiObcego, Warhammera 40k, Star Treka, Babylon 5, Mass Effect i jeszcze kilku innych. A miał to być setting w konwencji Horror SF. Trochę tego wszystkiego za dużo. Wydaje mi się, że po pierwszym czytaniu można mieć niezły mętlik w głowie. Ja zadawałem sobie pytanie: „Ale o czym to jest?”. Nie jestem przeciwnikiem mieszania konwencji i dawania możliwości wyboru. Tutaj jednak jest tego nieco za dużo.

Ludzkość sięgnęła gwiazd. Ziemia została opuszczona, a ludzie skolonizowali wiele systemów, tworząc sobie (a właściwie przetwarzając dzięki terraformowaniu) dwie planety, które zostały nowymi kolebkami ludzkiej rasy. W całym kosmosie znajdowane są artefakty prastarych cywilizacji, które są badane i często niosą za sobą nieprzewidziane i śmiertelne skutki. Ludzkość natknęła się także na Obcych: Geranie to tajemnicza rasa, która przybyła na Ziemię, dała nam napęd FTL, a także przyśpieszyła nasz rozwój technologiczny. Rippersi to agresywna rasa przypominająca owady, która wypędziła ludzi z Ziemi i rozprzestrzenia się po całym kosmosie. Sama ludzkość odkryła możliwość tworzenia specjalnego pierwiastka: Coreanium, który jest najwartościowszym źródłem energii, pozwalającym podróżować w najdalsze zakątki wszechświata. Wytwarzanie Coreanium wiąże się ze zniszczeniem całej planety, ponieważ do procesu jego wytwarzania niezbędne jest jądro planety. Dlatego też główną siłą polityczną i militarną w świecie Cold and Dark są korporacje górnicze, które zajmują się wyszukiwaniem i eksploatacją planet, których jądra nadają się do przetworzenia.

Tak w wielkim skrócie przedstawia się setting recenzowanej gry. Autor włożył tu jeszcze artefakty zaginionych ras, Ghostlines – system tuneli, dzięki którym można było podróżować po wszechświecie zanim poznano proces wytwarzania Coreanium, CAV, czyli Caliphrian Agression Virus (Kalipryjski wirus agresji) – mutacja genetyczna, która zamienia ludzi w potwory przypominające zombie, VPS – Void Psychosis Syndrome (Syndrom psychozy pustki) czyli zaburzenia psychologiczne, których doświadczają ludzie w przestrzeni kosmicznej. Jak widać – jest tego sporo.

Podsumowując – jest tutaj kilka fajnych pomysłów, które da się wykorzystać na sesjach i na których można się skupić tworząc przygody. Jednak w pierwszej chwili bogactwo to oszałamia i nieco przygniata nadmiarem pomysłów. Po za tym wiele rzeczy jest tylko zarysowanych, przez co prowadzącego czeka jeszcze przygotowanie dodatkowych informacji dla graczy. Mam bardzo mieszane uczucia dotyczące tego settingu.

Mechanika wykorzystana w Cold and Dark jest prosta, szybka i intuicyjna. Bazuje na prostej zasadzie: suma Cecha + Umiejętność określa pulę kości, którymi rzuca gracz. Ilość sukcesów uzyskanych w teście determinuje skutek podjętej akcji. Do rzutów wykorzystuje się tylko kości ośmiościenne, a ich zapis w podręczniku ograniczony jest do jednej litery – „D”. Czyli oznaczenie 2D oznacza rzut dwiema k8. Testy podzielone są na dwa typy: rzut Umiejętności (Ability Roll), oraz rzut Cechy (Aptitude Roll). Pierwszy z nich został opisany powyżej. Dodajemy do siebie wartości Cechy i Umiejętności, określając w ten sposób iloma k8 będziemy rzucać; sukcesy to wyniki 7 lub 8. Oczywiście dochodzą do tego modyfikatory wynikające ze sprzętu czy specjalnych zdolności postaci, a także ewentualne inne, które wprowadza MG, jednak nie jest to skomplikowane i już po pierwszym czytaniu zasady są jasne. Drugi rodzaj testów (Aptitude Roll) zmienia tylko sposób tworzenia puli kości. Podwaja się wartość testowanej cechy, aby określić iloma kośćmi należy rzucić. Jeżeli nasza Cecha wynosi 2 to rzucamy 4 kośćmi ośmiościennymi. Należy nadmienić, że plusem podręcznika jest to iż znajduje się w nim bardzo duża ilość przykładów, które pomagają w zrozumieniu zasad i ich niuansów. Cała mechanika jest bardzo filmowa i widać, że autor inspirował się grami video. Walka nie jest może specjalnie realistyczna, ale za to nastawiona na szybkość i zabawę.

W podręczniku znajduje się rozdział opisujący zagrożenia i przeciwników. Jest on jednak nieco dziwnie skonstruowany – zaczyna się od informacji dotyczących zwierząt, oraz różnych ich zdolności (plucie jadem, toksyny i tym podobne). Następnie autor przechodzi do opisu Rippersów, gdzie znajdziemy bardzo dokładne przedstawienie tej rasy obcych, łącznie z ich psychologią, rozwojem i cyklem życia. Co ciekawe – następnym elementem tego rozdziału są informację o artefaktach i ich oddziaływaniu na ludzi, łącznie z kilkoma podstawowymi pomysłami. Na koniec znajdziemy nieco więcej informacji na temat Geran oraz tajemniczej rasy zwanej Stwórcami. I to w sumie tyle. Autor dorzuca jeszcze kilka statystyk plus krótki opis człowieka zarażonego CAV (czyli zombie). Pomimo tego, że ten bestiariusz jest bardzo ubogi, znajdujemy tutaj informacje o podstawowych rasach, na jakie mogą napatoczyć się ludzie. Jednak z drugiej strony świat przedstawiony wsettingu jest tak olbrzymi, że BG przez wiele sesji mogą zmagać się tylko i wyłącznie z przedstawicielami gatunku ludzkiego, a opisów tychże nie znajdziemy w tym rozdziale jak i w reszcie podręcznika. Prowadzący zmuszony jest do samodzielnego przygotowania większości przeciwników, jak i Bohaterów Niezależnych.

Gracze mają do wyboru mnóstwo archetypów, które są gotowymi „zestawami” stanowiącymi bazę do dalszej kreacji postaci. Tworząc postać wydaje się punkty (za które kupuje się umiejętności i poziomy cech), oraz startowe kredyty, które wydaje się na broń, COG, kontakty i tak dalej. Oczywiście każdy archetyp posiada zdolności specjalne, a także specjalizacje które są wyborem gracza. Umiejętności w których postać się specjalizuje, pozwalają osiągnąć więcej sukcesów przy dobrych rzutach, a przez to wykonać test nawet lepiej niż perfekcyjnie. Na koniec pozostaje ostateczny szlif i detale takie jak pochodzenie, imię, języki którymi włada postać i tak dalej. Wydaje mi się, że co bardziej doświadczeni gracze już przy pierwszej kreacji postaci szybko są w stanie zorientować się w które statystyki i umiejętności należy inwestować punkty dostępne na starcie. Postacie w starciach z małymi grupami przeciwników są w uprzywilejowanej pozycji i dopiero większa grupa przeciwników jest w stanie zmusić ich do wysiłku, czy nawet im zagrozić. Nie wydaje się to dobrym rozwiązaniem w każdej z sytuacji – w przypadku zombie, czy Rippersów – owszem, ale na przykład grupa zmyślnych zabójców czy załoga wrogiego statku bez odpowiedniej ingerencji prowadzącego może nie stanowić odpowiedniego wyzwania dla BG.

Podsumowując – jeżeli szukacie łatwej, szybkiej i filmowej mechaniki, chcecie spróbować czegoś nowego to jest to wybór dla Was. Zasady gry są bardzo dobrze opisane i poparte wieloma przykładami.

Na koniec – trafiłem na system, w którym najmocniejszym dla mnie punktem była mechanika. Setting nie jest do końca tym, czego oczekiwałem. Na pewno nie jest to zapowiadany horror SF. Za mało jest tam horroru. Horror nie atakuje mnie z każdej strony książki. To space opera z elementami horroru, która – patrząc na całokształt – niczym specjalnie się nie wyróżnia. Chyba, że ktoś jest fanem Dead Space (które jest wymieniane przez autora jako jedna z inspiracji) – wystarczy wziąć artefakt Obcych, trochę zombie, trochę ludzi z VPS i umieścić to wszystko do opuszczonej kolonii górniczej. Tylko chyba nie do końca taki miało być założenie tej gry.

Recenzja pojawiła się pierwotnie w serwisie Poltergeist.pl

KB#52 Czy serwis internetowy o rpg to kopalnia fejmu?

kb2014_3Najnowszy Karnawał prowadzony przez karpia ma niezwykle wdzięczny temat, zwłaszcza iż odnosi się on w pewien sposób do mojej osoby. Chciałem się skoncentrować tylko na jednym aspekcie tego dość rozległego tematu – byciu redaktorem portalu. Mam możliwość pisani tekstów do portalu „od fanów dla fanów” i moja perspektywa jaką mam odnośnie fejmu, czy rozpoznawalności jest następująca.

Otóż nie czuje się rozpoznawalny. Nie czuje się „fejmusem” – jestem kolesiem, który wykorzystuje możliwość pisania recenzji, jako środek do zdobywania kolejnych podręczników. To jak – nomen omen – blogger, który nawiązuje współpracę z potencjalnym partnerem. Wymiana jest obustronna – portal dostaje teksty (które idą na stronę, więc nie jest tak najgorzej), a ja posiadam dzięki temu podręczniki/PDFy za które nie musze płacić, a które posiadać chcę. Spoglądając na to jak działają inni wydaje mi się, że moje podejście nie jest specjalnie popularne. Nie mam zamiaru nikogo potępiać – wszak być fejmusem jest fajnie – ja po prostu nie mam na to czasu. Redaktorowanie pozwala przekonać się, czy ktoś ma zacięcie, dzięki czemu z czasem zaczyna pisać swoje rzeczy, zakłada bloga, czy udziela się w różnego rodzaju inicjatywach. Jeśli ma – działa. Jeśli nie – odpuszcza, albo jest takim gościem jak ja ;)

Nie identyfikuje się specjalnie ani z redakcja, ani z misją serwisu/portalu, ani z czymkolwiek innym. Nie mam chęci wpływać na jego rozwój – dla mnie osobiście takie portale, w dobie dzisiejszego social media mogłyby nie istnieć. Jak pokazuje przykład twarzoksiążki istnieje możliwość dyskusji w grupach, wymiany informacji i otrzymywania informacji za pośrednictwem jednego kanału. W czasie rzeczywistym. Sorry, ale serwisy, które są tworzone „od fanów dla fanów” nigdy nie będą w stanie konkurować z niczym za czym stoją konkretne i porządne pieniądze.

Jeżeli tych nie będzie FB/G+ pozostaje najszybszą drogą komunikacji z ludźmi. Bloggerzy, ludzie którzy tworzą treści dotrą z nimi do odpowiednich ludzi, omijając różnego rodzaju portale, czy ziny – po prostu są one za wolne, jeżeli nie są profesjonalne i wspierane przez pieniądze. Nie jestem jakimś zagorzałym zwolennikiem cyfryzacji, ale gazety związane z RPG – zwłaszcza w naszym pięknym kraju – w formie papierowej nie mają szansy bytu. Bardziej ze względu na to jak wygląda cały rynek magazynów, niż stan rynku RPG w PL (o ile takowy istnieje). Forma elektroniczna jest jedyną, jaka ma szansę zaistnieć, choć wydaje mi się, że i tak jest to ryzykowne przedsięwzięcie.

Podsumowując ten krótki wpis na pierwszą edycję KB w której biorę udział. Czasy kiedy wszystko było drukowane, zbudowane wokół jednego serwisu i kiedy „było lepiej” minęły. W chwili obecnej w polskim światku mamy wielu różnych twórców/wydawców/blogerów/serwisów – każdy próbuje przyciągnąć odbiorców do siebie i zaprezentować swoje treści. Dzięki stałemu napływowi informacji za pomocą FB/G+ nie muszę koncentrować się na jednym medium. Mam dostęp do każdego. Po za tym jakość informacji jest lepsza ze względu na specjalizowanie się w danej dziedzinie. Sam mogę selekcjonować nawet na podstawie prostego kryterium: lubię/nie lubię.

Odpowiadając jeszcze na pytanie w tytule – nie, dla mnie osobiście bycie redaktorem w serwisie o rpg nie jest kopalnią fejmu. Jest przyczółkiem, gdzie można zacząć fejm wykopywać, a jednocześnie wyrwać coś dla siebie.

1-2-3 Bloger/Fejmus

Postanowiłem wystartować z cyklem felietonów/prezentacji sylwetek/mikrowywiadów z ludźmi, którzy związani są z szeroką tematyką jaką lubię. Blogerzy, rpgowcy, geeki, nerdy i cała reszta. Jedni prowadzą blogi, inni pisują tu i tam inni wydają a ostatni po prostu są.

Kilka słów wyjaśnienia:

  • Słowo „Fejmus” jest w nazwie spepcjalnie, użyte nieco przewrotnie – staram sie mieć do tego dystans i chciałbym aby dystans mieli też ludzie których zaprosze do udziału. Nie bądźmy tacy sztywni.
  • Nie będą to pytania takie same dla wszystkich. Chcę sobie zadać trud i profilować je pod konkretne osoby. Dodatkowo nie będę raczej pytał o banały. Od razu uprzedzam, iż chciałbym pytać o rzeczy niewygodne, o to jak np prowdzenie bloga naprawdę wygląda, co z hejterami, dlaczego tak a nie inaczej.

Mam nadzieję, że uda mi się prezentować jedną sylwetkę tygodniowo – plan jest ambitny, ale wydaje mi się, że wykonalny.

Dlatego też odpowiedzi pierwszego gościa zobaczycie już w okolicach piątku.