Miesiąc: Marzec 2014

1-2-3 Bloger/Fejmus #8

1-2-3 bloger-logo-01Jesteśmy w środku supershitstormu związanego z pewnym artykułem opublikowanym w Dużym Formacie.

Na mojej kanapie jednak nic się nie zmienia, kolejne osoby udzielają odpowiedzi na 3 pytania.

Dzisiaj fejmus jakich mało, każdy go zna – a jak go nie zna, to … wiadomo.

Mateusz Wielgosz a.k.a Craven – Węglowy Szowinista, zna się na filmach. Ale głównie zajmuje się nauką. Za dnia doktorant AGH, nocami blogger piszący o nauce i technice. Wspominałem już, że jak się nie znacie na nauce to on Was zaspamuje różnymi mądrymi rzeczami? Gra w RPG, zasiada w kapitule Quentina, sędzia w Pucharze Mistrza Mistrzów. Fajny gość i fejmus.

1. Kiedy zakładałeś Węglowego Szowinistę myślałeś o tym, że notki o grawitacji, kwantach i tym podobnych będą miały wzięcie?

Miałem taką nadzieję. Piszę o rzeczach, które mnie fascynują, zachwycają i miałem nadzieję, że nie jestem w tym odosobniony. Może też, że kogoś uda się zainteresować pewnymi tematami.

Okazało się, że jednak nie jestem jakimś kompletnym wariatem, bo dość szybko okazało się, że teksty popularnonaukowe totalnie przebiły popularnością notki RPGowe lub filmowe. Obecnie wciąż czasem piszę o filmach, ale te notki stanowią jakiś 1% ruchu na blogu.

2. Współpracowałeś przy kilku inicjatywach, można znaleźć Twoje artykuły w almanachach. Jednak chyba dałeś sobie nieco na wstrzymanie z RPG – zostałeś członkiem loży szyderców i tylko obserwujesz fandom?

Składa się na do cała masa czynników. Ten prozaiczny to brak czasu na pisanie. Jeśli mam chwilę, żeby o czymś napisać, sięgam do listy tematów dla Węglowego, która tylko rośnie. Dużo trudniej byłoby napisać coś naprawdę nowego i ciekawego zarazem RPGowo. Blogosferę/fandom obserwuję i może nie szydzę, ale nie ukrywam, że trudno o naprawdę ciekawe teksty. Widzę albo dzielenie włosa na trzydzieści dwoje, albo wałkowanie tematów na które powiedziano już wszystko. No i poszukiwania nowych punktów spornych i zapalnych.

Na szczęście wizyty na konwentach pokazują, że poza warstwą sieciową nie jest tak źle i to wciąż zbieranina świetnych, pozytywnych ludzi. Ostatnio dość często (niemal co tydzień) grywam w RPGi. Do PMMa raczej nie wrócę, bo siedem to dobra liczba. Szczególnie teraz kiedy prowadzę Quentina, na którego co rok przychodzi niemało naprawdę dobrych tekstów. Mam też spore nadzieje związane ze Scenopisaniem, forum dedykowanym do dyskusji i pracy nad scenariuszami i tekstami.

Jestem mniej widoczny, ale jeszcze mnie nie skreślaj ;)

5. Nie myślałeś o współpracy z jakimś dużym portalem zajmującym się technologiami? Nie poszedłeś – z tego co widzę – drogą: jestę blogerę, czekam na gifty i artykuły sponsorowane. Chciałbyś z blogosferą związać się na stałe i zrobić z pisania źródło dochodów, czy raczej pójdziesz w inną stronę ?

Jakbym pisał o ciuchach albo grach może bym się skusił, ale raczej blogerom nie wysyłają bezcennych prototypów robotów czy technologii napędów kosmicznych. Ale może kiedyś załapię się na wycieczkę do CERNu? Nie ma u nas też (przynajmniej jeszcze) kultury zachwytu nauką i techniką, więc ośrodki naukowe nie są specjalnie zainteresowane promowaniem swojej działalności. Spójrz na to jak w prasie funkcjonuje na przykład polski grafen. Wypomina się nasz niebieski laser, albo mówi się o „szansie, którą na pewno zmarnujemy”, albo używa się z tej okazji do jakiegoś strzału politycznego w jedną  lub drugą stronę. Myślę jednak, że to powoli się zmienia.

Co do dużych portali – boję się takiej współpracy bo mogłaby być ślepym zaułkiem. Pisałbym tam dopóki by się mną nie znudzili albo odwrotnie. Węglowy Szowinista daje mi „tożsamość” z którą mogę się rozwijać. Gdybym pisał do jakiegoś dużego portalu pewnie nie dostałbym propozycji pisania do Nowej Fantastyki czy Literadaru.

Gdybyś mi powiedział, że mogę od jutra zarabiać na popularyzowaniu nauki tak, by (choćby skromnie) wyżyć wszedłbym w to bez chwili namysłu. Popularyzacja nauki nie jest jednak u nas traktowana jak naprawdę ważnego. Nie funkcjonuje u nas nawet polski odpowiednik terminu „scientific literacy”. A szkoda. Miło jednak widzieć, że strona Elise Andrew „I fucking love science” ma ponad 11 milionów lajków.

Pyrkon na którym nie byłem.

wanna-kostki-pyrkon-piotr-kosekKolejny już raz śledziłem konwent przy pomocy mediów społecznościowych, aby być w miarę na bieżąco i w duchu zżymać się na to, że nie pojechałem.

Jednakże live feed jakim raczono mnie od piątku rano w jakiejś części rekompensował mi to, że nie ma mnie w Poznaniu, choć oczywiście wszelakie #selfie (w których przodował Puszon) czy foty atrakcji nie oddadzą klimatu i atmosfery Pyrkonu.

Teraz – kiedy kurz już opadł i wszelakie shitstormy nieco przycichły (bo niektóre jeszcze się toczą) można pokusić się o kilka spostrzeżeń, na podstawie zdjęć, relacji, plotek i tym podobnych. Będzie to opinia osoby, która na Pyrkon chciałaby pojechać, na razie tylko stalkuje i się zastanawia.

1. Ogrom imprezy, czyli podwojenie stanu uczestników. 

Rekord rok temu, rekord w tym roku. Frekwencja rośnie wykładniczo i jeśli tak dalej pójdzie to będziemy mieli olbrzymią imprezę, która może się pokusić o europejski zasięg. W dalszym ciągu słychać głosy, że Pyrkon zamienia się z konwentu w mainstreamowe targi, rozwadnia się i przestaje być trU. Ale patrząc na historię konów wydaje się, że taka impreza jest w Polsce potrzebna. Dobra organizacja, doświadczeni orgowie, nabity program i rozrywka dla jak najszerszej grupy, dzięki czemu można dotrzeć do znacznie szerszego targetu. Tak było w tym roku – Druga Era może się chwalić i korzystać z marki jaka została stworzona aby promować ją poza granicami kraju. Wydaje mi się, że można zacząć powoli myśleć o tym, aby Pyrkon wyszedł poza granice naszego kraju. Bo 24 tysiące ludzi zobowiązuje!

2. Polska Cosplayem stoi? 

Do tej pory nie interesowałem się specjalnie naszą rodzimą sceną Cosplay’ową. Widziałem w internetach nieco fotek, na poprzednich konwentach także dało się znaleźć kilka obrazków. Miałem jednak wrażenie, że to dopiero raczkowanie i jeszcze trochę nam brakuje do średniej europejskiej, czy amerykańskiej. Tegoroczny Pyrkon pokazuje, jak mocno rozwinęło się to hobby. Jak bardzo profesjonalni staliśmy się w tej dziedzinie – momentami nie ustępując najlepszym.

Przykład ? Proszę bardzo – obejrzyjcie tą galerię!

3. Mom, please! And Shut up and take my money!

Wystawcy – oglądając zdjęcia hal wystawowych miałem jedno odczucie: Damn, this is hughe! Przeglądając zdjęcia ze stoisk z jednej strony chciałem teleportować się na Pyrkon, aby obmacać sobie wszystko co zostało tam pokazane! Ale potem przychodziła chwila refleksji – trzeba jechać z naprawdę wypchanym portfelem żeby zakupić sobie wszystko. Dlatego odkładanie pieniędzy na za rok trzeba zacząć już :) Komiksy, figurki, kostki, RPGi, ciuchy, koszulki. Dla każego coś miłego, każdy znajdzie coś dla siebie.

4. Gdzie się podziały feministki? 

Obrazoburczy filmik z kostkami nie przeszkodził w dobrej zabawie. Wręcz przeciwnie – zapewnił imprezie główną na gazeta.pl, potężny shitstorm w internetach i plus kpierdyliard wyświetleń i zasięgu na fejsie. Cała sprawa rozeszła się po kościach, z tego co wiem to szumnie zapowiadana akcja zwracania kostek, nie była aż tak spektakularna jak miała być. Nie zabierałem głosu w tej dyskusji jaka się rozpętała, bo nie widziałem w tym sensu. Filmik sam w sobie jest po prostu słaby. Jego wydźwięk – nieco chybiony, choć rozumiem zamysł. Nic ponad to. No dobra – jedna rzecz: dostaliśmy bardzo zabawną parodię:

5. Czy były jakieś minusy? 

Oczywiście, że tak – ludzie skarżyli się na wysokie (wręcz skandaliczne) ceny jedzenia na terenie konwentu, na ilość ludzi i coraz większą anonimowość. Oczywiście największym problemem i skandalem była kradzież pieniędzy ze stoiska sklepu Firebird, co daje organizatorom do myślenia w kwestii zabezpieczenia i ochrony imprezy. Na pewno znalazło by się jeszcze stado problemów, jakie miały miejsce w czasie samego konwentu (czy możemy względem Pyrkonu korzystać jeszcze z tej nazwy?), jednak nie wszystko da się wyłapać tylko z feedu w internetach.

Podsumowując: 

Bardzo żałuje, że nie było mnie na tegorocznym Pyrkonie. Solennie obiecuje, że pojade na następny, ponieważ śledząc historię konwentu widać, że Orgowie wyciągają wnioski i uczą się na błędach (vide sławetny Kolejkon, którego w tym roku nie było). Rozszerzają ofertę i zmieniają poznański konwent w full prO imprezę. Targi, które będą promować wszystkie możliwe gałęzie naszych zainsteresowań. Mamy w końcu w Polsce imprezę porządnego kalibru, której nie musimy się wstydzic. Wręcz przeciwnie – poprawiając niedociągnięcia z tego roku – będzie się nią można tylko i wyłącznie chwalić.

P.S. Jako grafika wanna + kostki + naga kobieta. Bo Ramel powiedział, że memy z Pyrkonu nie będą udostępnione.

1-2-3 Bloger/Fejmus #7

1-2-3 bloger-logo-01W tym tygodniu cisza i spokój, ponieważ zapierdziel (nie tylko na fejsie) jest straszny i jakoś niespecjalnie był czas, aby napisać notkę, albo dwie (a przynajmniej dwa tematy się pojawiły, które są tego warte!).

Nie zmienia to faktu, że na piąteczkowy cykl zawsze jest czas i tutaj nie ma wyjątków. Dlatego oddaje w Wasze ręce kolejnego delikwenta, który spowiadał się na mojej kanapie.

Łukasz Pilarski a.k.a Salantor – Fan i popularyzator Humble Bundle. Bloger [Bobrownia] i ojciec założyciel KGB [Karnawału Graczy Blogerów]. Zaczął słuchać dubstep’u – twierdzi, że na starość. Udziela się na efantastyka.pl i na polterze. Historyk, ale zaznacza że z wykształcenia – na konwentach robi prelekcje o nazistach (i nie jest to jego jedyny konik – boję się zapytać o inne) i konkursy growe.

1. Pozazdrościłeś Karnawałowi RPGowemu i postanowiłeś założyć własny cykl, czy coś innego napędzało Cię kiedy tworzyłeś KGB

Ciężko jest pozazdrościć projektu, który nie posiada szefostwa, poświęcony mu blog służy jedynie ogłaszaniu kolejnych edycji i gromadzeniu linków do tekstów, a gospodarzenie co miesiąc przechodzi na kogoś innego. Znaczy komu go mam zazdrościć? Borejce założycielowi, uczestnikom czy fandomowi erpegowemu jako całości, którego, mimo dłuższej przerwy w graniu, wciąż czuję się częścią? Nie mówiąc już o tym, że brałem udział w kilku edycjach, pisząc notki czy to na bloga polterowego, czy też rzadko ostatnio aktualizowanego, blogspotowego Turkey Enterprises. Za to z pewnością jestem dumny z faktu, że za kilka miesięcy KB RPG stuknie piąty roczek, przerw między kolejnymi edycjami prawie nie było, a i szykowana jest druga antologia najlepszych tekstów karnawałowych. W końcu ponoć RPG umiera, Puszon, Ramel i reszta ekipy Fajnych RPG świadkami.

A dlaczego zapoczątkowałem KGB? Że zacytuję sam siebie: „Ideą Karnawału jest wymiana myśli, zachęcanie do dyskusji oraz aktywizacja growych blogerów, których, jak wieść gminna niesie, jest w polskiej blogosferze zbyt mało.”. Ot, chciałem rozkręcić fajną akcję z korzyścią dla blogujących graczy, poznać koleżanki i kolegów od pada, mieć pretekst do napisania jednej notki w miesiącu, trochę poflejmić i tak dalej. Oczywiście odsłony i fejm również wchodziły w grę.

2. Czy poza elektroniczną rozrywką pielęgnujesz zainteresowania związane z fantastyką? RPG? Książki?

W RPG od dłuższego już czasu nie gram i nie wiem, kiedy będę miał okazję znów regularnie sesjować. To rozrywka wymagająca masy czasu, który chwilowo musiałem albo wolałem przeznaczyć na co innego. Poza tym czytam książki i komiksy, oglądam filmy i seriale, słucham muzyki w domu, w pracy, w drodze z i do pracy. Czasem zerknę do którejś z analizatorni, co by pośmiać się ze słabej literatury i nieco podbudować samoocenę („Skoro poważny wydawca puścił w świat takie coś, to może i mi się kiedyś uda?”), zabłądzę w czeluściach TV Tropes albo Wikipedii, napiszę jakąś prozę do szuflady albo zaangażuję się w enty „to będzie proste, łatwe i przyjemne” projekt… Jestem z tych osób, co się nie nudzą, tylko narzekają na za krótką dobę.

A im dłużej myślę nad Twoim pytaniem, tym coraz wyraźniej dociera do mnie, że niemal wszystkie moje hobby i zainteresowania mają coś wspólnego z fantastyką. Ostatnia lektura: książkowa wersja czwartej części Assassin’s Creed. Ostatnia gra: Dungeons of Dredmor. Ostatni serial: Batman Beyond. Ostatni film: 300: Rise of an Empire. Gdy piszę te słowa w słuchawkach leci soundtrack z ostatniego filmowego Dredda oraz Elysium. Znak czasów?

3. Twój blog – wcześniej była praca jako redaktor, a potem blog, czy odwrotnie? Praca redakcyjna zapewne sporo pomaga przy pisaniu tekstów blogowych.

Jeśli mam być bardzo dokładny, to wpierw był blog. Blogasek właściwie, na Polterze, gdzie wstawiłem trzy króciutkie, pozbawione jakiejkolwiek wartości merytorycznej notki i obrazek smoka zjeżdżającego z górki na sankach. Wywaliłem je kilka(naście?) miesięcy później, kiedy zdecydowałem się spróbować swoich sił jako polterowy recenzent. Wiesz, gruba kreska i te sprawy. Serious blogowanie rozpoczęło się dopiero wraz z założeniem Bobrowni, w lutym zeszłego roku, a dodatkowej powagi nabrało po przeprowadzce na serwery Zenboxa i silnik WordPressa.

Jeśli zaś chodzi o korzyści, to pisanie dla Poltera i Efantastyki nauczyło mnie głównie unikania powtórzeń. Oraz używania pauz zamiast myślników. Dwóch rzeczy: unikania powtórzeń i używania pauz. Oraz zwracania uwagi na błędy merytoryczne. Trzech rzeczy: unikania powtórzeń, używania pauz, zwracania uwagi na błędy. I nie owijania w bawełnę. Czterech… Nie… Praca redakcyjna nauczyła mnie… To ja odpowiem jeszcze raz.

1-2-3 Bloger/Fejmus #6

1-2-3 bloger-logo-01Paweł ‚Adahl’ Matyjewicz – mąż, ojciec, geek, brodacz (obecnie), raczkujący game designer, kochanek (niepotwierdzone). Dziennikarz growy z zamiłowania, dawniej z zawodu. Bloger [ mutopia.pl ], kierownik superbohaterskiego fanpage’a Peleryny i Maski.

1. Ile trzeba się naharować, żeby zostać dizajnerem gier i ogólnie być fejmusem w światku?

Raz, nie uważam się za żadnego fejmusa – raczej pasjonata. Lubię robić to co robię, dużo udzielam się różnych projektach i od zawsze chciałem tworzyć gry. Obecnie żyję nadzieją, że w końcu nadejdzie taki dzień, że jeden z moich pomysłów ujrzy światło dziennie. Ale do tego jeszcze daleka droga. A to, że ludzie lubią to co robię (bo wydaje mi się, że tak jest), to tylko się cieszyć. Jestem optymistycznym człowiekiem bzikującym na wielu płaszczyznach i myślę, że to jest po prostu w cenie. Jeśli chodzi o naharowanie się to jak wszędzie. Nie jest to łatwy kawałek chleba, w zasadzie każdego dnia człowiek się czegoś nowego uczy i musi się doskonalić. Na pewno trzeba się nieźle poświęcić i starać się znaleźć złoty środek pomiędzy pasjami a życiem osobistym. W moim przypadku te dwie rzeczy się niejako łączą więc mam łatwiej. Jednak ta praca nigdy się nie kończy, nie ważne czy siedzisz w biurze czy w domu.

2. Co Cię pociąga w superbohaterach? To Twój konik niewątpliwie.

Przy niektórych fanach profilu czuję się naprawdę głupi… serio ☺ Posiadam co prawda olbrzymią wiedzę w temacie, czasami sam łapię się za głowę, że wiem coś tam skrajnie niszowego. Od lat śledzę kilka wydawnictw komiksowych. Najbardziej lubię DC i Image. Ale nadal czy to mój konik pozostawiam ocenie innym. Co mnie pociąga? Sam nie wiem. Chyba to balansowanie na pograniczu kiczu, którego superbohaterowie nie przekraczają. Ogólnie niesamowicie jara mnie koncepcja posiadania nadludzkich zdolności czy wyszkolenia. No i całkiem obiektywnie to obecnie superbohaterskie historie bywają naprawdę poważne. Jest coś w tych herosach co mnie niesamowicie rajcuje i do nich przyciąga. Ale ja nadal jestem dzieckiem, tyle, że już znacznie większym i z brodą ☺

3. Denae wspominała, że macie rozbieżne zdania w kwestiach gier, tego co lubicie i tak dalej – czy możesz to rozwinąć (skoro już przepytuje Was oboje)?

Niektórzy błędnie zakładają, że De i ja stanowimy jeden umysł, a to nie jest zupełnie tak. Owszem kręcą nas te same klimaty, lubimy te same filmy i gry, ale często wyciągamy z nich zupełnie inne rzeczy. Tak więc podobają nam się zupełnie inne motywy, zwracamy też uwagę na inne sceny. Często więc prowadzimy burzliwe rozmowy na temat wyższości jednego tytułu nad drugim. Wiesz czasami jest tak, że ona lubi jakiegoś bohatera, mnie on nie kręci więc zaczynają się małżeńsko-geekowskie „wojny”. Ma to swój urok i pozwala spojrzeć na daną rzecz z innej perspektywy. Tyle, że oboje jesteśmy bardzo uparci więc łatwo przekonać się nie dajemy ☺

KGB #6 My girl, my girl…

Poniższa notka zalicza się do kolejnej edycji mutacji Karnawału Blogowego, czyli Karnawału Graczy Blogerów, prowadzonego w tym miesiącu przez Aeth.
Temat to Płcie i Gry.

Pomimo wielu podejść jakie można mieć do tematu, postanowiłem jednak nie pisać o płciach w grach, a o płciach i grach, czyli o tym jak – przynajmniej u mnie w domu ;) – obie płcie (czyli ja i Aga) do gier podchodzimy.

Panie przodem, więc najpierw kobiety :)
Agnieszka często obserwuje jak gram komentując. Zwraca baczną uwagę na grafikę (ze względu na wykształcenie), płynność animacji i tym podobne rzeczy. Często nie podoba jej się to w jaki sposób prowadzona jest gra. „Dlaczego oni ciągle powtarzają to samo zdanie? Dlaczego tak głupio krzyczą?” – oto próbka komentarzy, jakie słyszę znad ramienia w czasie przechodzenia kolejnej misji/etapu. Chyba najlepszym przykładem jest moja gra w Mass Effect 2, kiedy Aga stwierdziła, że ta gra jest bez sensu, bo:

  • a) Filmiki są słabe.
  • b) Za dużo jest strzelania (dzielimy wspólną niechęć do shooterów ;) )
  • c) Za dużo jest gadania, a do tego przewijam połowę dialogów, więc rozmowa wygląda idiotycznie (przechodziłem ME2 po raz drugi, albo trzeci więc nie wszystkie dialogi były dla mnie istotne ;)

Moja towarzyszka gier nie za bardzo koncentruje się na tym, jaka jest fabuła, jak przedstawione są postacie. Ważna jest akcja, w której chciałaby brać udział – ale jak twierdzi: nie ma skilla do obsługi pada w sposób odpowiedni.

Ale nie oznacza to, że nie lubi gier – nie, nie, nie. Jest wielką fanką serii Assasin’s Creed i Uncharted – oglądanie rozgrywki, filmików, tego jak przesuwa się fabuła jest dla niej przyjemnością. Wspólnie ogrywamy wszelakiego rodzaju wyścigi dla dwojga i gramy w Diablo III (o czym pisałem w jednej z poprzednich notek). I to właśnie Diablo III jest grą idealną dla Agi – prosta, nieskomplikowana ale dająca dużo radości z eksterminacji mieszkańców wszelakiej maści lochów i jaskiń. Co ciekawe – moja połowica nie przepada za rozwijaniem postaci poprzez kupowanie sprzętu w sklepie. Te jakże nużące ją czynności pozostawia mnie, twierdząc że nie jest w stanie ogarnąć tego. Dla niej liczy się tzw „pure fun” jaki płynie z gry. Levelowanie poprzez doświadczenie i rozwój postaci poprzez wydawanie punktów rozwoju i tym podobne. Nic innego, żadnych przedmiotów, kombinacji, setów. Gdyby miecz zwykły i miecz magiczny różniły się tylko wyglądem, Aga rzuciłaby tylko jakąś uwagę na temat tego, czy dany przedmiot pasuje do całego wyglądu postaci, czy nie – pozostałe aspekty, jak bonusy, dodatkowe obrażenia i tym podobne nie są ważne. To przypomina pewną sytuację z Diablo III właśnie – znaleźliśmy jeden z legendarnych przedmiotów, jakim były buty. Założone postaci Agnieszki (Lowczyni Demonów) okazały się oczojebliwymi kozakami w kolorze żółtym. Zajęło mi kilka dobrych minut, aby przekonać kobietę, że te buty są KONIECZNE! Po prostu nie pasowały do looku i całości. Czy to czyni ją niedzielną graczką, czy może osobą kalającą gejming?

Otóż wydaje mi się, że podejście jakie prezentuje Agnieszka jest – pomimo tego iż selektywne – bardzo pragmatyczne. Chcę funu! Chcę zabawy, rozrywki, wkurzania się, że zabił mnie boss. Proszę o wyeliminowanie wszystkiego, co rozgrywkę mi utrudnia, co mnie nie interesuje. Czy to nie jest podejście idealne dla gracza niedzielnego? Dostarczenie mu rozrywki wymagającej, ale nie niemożliwej do osiągnięcia. Nikt nie rzuca padami o ścianę po pierdyliardzie nieudanych prób pokonania bossa. Nikt nie wkurza się że coś nie idzie tak jak sobie to założył.

Mamy w internetach i w realu wiele kobiet, które są graczkami przez duże Gie. Znają się, grają, opiniują i tak dalej. Są tRu. My jesteśmy każualami. I się tego nie wstydzimy. Agnieszka wręcz nie jest nawet każualem. Nie wiem jak się nazywa taki typ jaki zaprezentowałem – ktoś ma jakiś pomysł?

A co do mnie? No cóż. Ja gram trochę więcej, zwracam uwagę na inne rzeczy – jestem wręcz przeciwieństwem Agnieszki. Fabuła, postacie, dialogi – to to co mnie kręci i to co sprawia mi najwięcej przyjemności z gry. Grafika, system sterowania, czy ogólna mechanika rozgrywki są na dalszym miejscu. Może dlatego tak lubie Dragon Age II – właśnie za dialogi i opowiedzianą historię, a nie za to, że to jakże paskudny Hack’n’Slash. Ale o mnie już wystarczy ;) – więcej pewnie będzie w kolejnych notkach o grach.

Patrzę tak na to co napisałem i zadaję sobie pytanie – jak sytuacja wygląda u innych? Czy Wasze połówki grają z Wami, nie interesują się i tak dalej? Temat wyświechtany i pewnie wałkowany wielokrotnie, ale… ;)

Assassin’s Creed: Liberation HD – źle się dzieje w Luizjanie.

assassins-creed-liberation-hdKiedy dowiedziałem się, że AC: Liberation zostanie wydane na PS3, zacierałem ręce z radości, ponieważ nie posiadając PS Vita, nie miałem możliwości zagrania w ten tytuł. Jako fan całej serii, ale i osobnik rozczarowany częścią trzecią, miałem nadzieję, że ta pozycja poprawi wrażenie, jakie pozostawiły po sobie przygody Connora.

Zacznijmy od oprawy wizualnej. Gra wygląda na znacznie starszą, niż jest w rzeczywistości – pomimo dodania HD prezentuje się bardzo słabo. Zwłaszcza że już po pierwszym uruchomieniu powitał mnie bug: tekstury kapelusza Aveline rozciągnęły się na cały ekran, co spowodowało restart. Kiedy wszystko się uspokoiło, mogłem przyjrzeć się lepiej Nowemu Orleanowi. Tekstury domów i gra świateł są jeszcze w porządku, ale woda, modele postaci czy nawet roślinność to wręcz dramat w odniesieniu chociażby do tego, co serwowało nam AC III (porównanie do Black Flag byłoby nie na miejscu ze względu na różnice czasowe w wydaniu poszczególnych części). Postanowiłem jednak nie odpuszczać i spróbować raz jeszcze – w końcu to Assassin’s Creed!

Główna bohaterka – Aveline – jest asasynką mieszanego pochodzenia, której mentor, Agate, to mieszkający na bagnach zbiegły niewolnik. Zabójczyni podejmująca krucjatę na rzecz uwolnienia niewolników w Luizjanie nie jest niestety tak wyrazista jak inni bohaterowie serii i to, co ich napędza. Wiele brakuje jej do Ezio, Altaira, a nawet Connora. Oprócz Aveline doszukiwałem się jeszcze innych ciekawych osób w fabule, ale ciężko mi było kogoś wybrać. Mamy darzącego kobietę gorącym uczuciem (i nie kryjącego się z tym) Gerarda Blanca, jednak dialogi i romans między tą dwójką są sztuczne.

Spisek templariuszy, będący jak zawsze główną osią fabularną, też wydaje się pisany na siłę; zaskakuje jedynie zwrot akcji związany z tym, który za wszystkim stoi. Jednak zanim poznamy prawdę o tym, kto naprawdę jest władcą marionetek i o co tutaj właściwie chodzi, gra może się już mocno znudzić. Na początku, gdy przechodziłem pierwsze misje, w ogóle nie byłem w stanie zorientować się, po co i dlaczego robię to, co robię –  pomimo liniowości nie układały się w logiczną całość. Wspomnienia rozrzucone są nieco chaotycznie, przeskakują pomiędzy okresami życia asasynki, zatem zorientowanie się w sytuacji zajmuje trochę czasu.

Pomimo zmian w rozgrywce (o których nieco później) pewna rzecz nie uległa zmianie – sterowanie nadal jest bardzo słabe. Wiele osób skarżyło się, że w poprzednich częściach postać asasyna często nie reagowała na ruchy gałek, wykonywała normalny skok zamiast skoku wiary (co kończyło się szybką desynchronizacją), nie wbiegała na ścianę i tym podobne. Wszystkie te problemy wydają się kumulować w tej odsłonie. Poruszanie się po bagnach – w porównaniu do ruchu po lesie w AC III – to momentami istny koszmar. Okazuje się, że pod jedne wzniesienia Aveline wbiega bez problemu, a pod inne (praktycznie identyczne!) już nie. Jest to strasznie frustrujące, podobnie jak wsiadanie i wysiadanie z łodzi rozmieszczonych na całych bagnach, aby można było szybciej się przemieszczać. Niestety odpowiednie ustawienie postaci, a potem sterowanie, było dla mnie na tyle problematyczne, że porzuciłem ten środek transportu i wszędzie płynąłem wpław.

Jeśli chodzi o udźwiękowienie, wszystko brzmi poprawnie i nie odbiega od standardu, jaki prezentowały poprzednie gry; wyjątek od reguły stanowią dialogi. Scenarzyści w Liberation nie przyłożyli się do nich, są strasznie drętwe. Miałem wrażenie, że oglądam film klasy B z drewnianą grą aktorską. Dodatkowo odbioru nie poprawiały dziwne dłużyzny czy przestoje w wypowiedziach, jakby filmiki były źle zmontowane. Wygląda na to, że poprawiono wiele rzeczy, które nie podobały się fanom w wersji na Vitę, ale nie udało się wyeliminować wszystkiego.

A rozgrywka? Jej struktura jest nieco inna niż w „natywnych” wersjach na konsole i komputery stacjonarne. Wspomnienia są początkowo dość krótkie i szybko przeskakuje się z jednego do drugiego. Pomimo tego nie można do końca rozwinąć skrzydeł i w przerwach wykonywać misji pobocznych lub szukać skarbów, czy też zbierać przedmiotów do kolekcji (stron z pamiętnika matki głównej bohaterki, skrzyń ze skarbami bądź krokodylich jaj na bagnach). Dlaczego? Ponieważ wprowadzono system person. Główna bohaterka posiada trzy wcielenia: asasynki, niewolnicy (wszak wszystko dzieje się w Luizjanie i obraca się wokół handlu niewolnikami właśnie, a Aveline, mając afrykańskie korzenie, potrafi świetnie wtopić się w tłum i nie zwracać na siebie uwagi bogatej części mieszkańców) oraz damy. Każda z nich ma swoje ograniczenia. Dama nie może się wspinać, ale posiada umiejętność zauroczenia, dzięki czemu może zdobywać obrońców. Niewolnica ma ograniczony arsenał broni i jest słabsza od asasynki, ale za to wolniej zdobywa rozgłos. Wszystko pięknie, pomysł sam w sobie ciekawy, jednak – jak pisałem wcześniej – gra nie pozwala na dowolną zmianę wcielenia pomiędzy wspomnieniami, co znacznie zmniejsza nasze możliwości.

Jeśli chodzi o misje dodatkowe, to otrzymaliśmy możliwość handlu między miastami (tym razem wysyłamy statki do odkrywanych z czasem portów, sprzedając i kupując bawełnę lub tytoń oraz inne dobra kolonialne), zbieractwo wspomniane wcześniej, leczenie ludzi mieszkających w wiosce na bagnach, opętanych chorobą zmieniającą ich w agresywnych, aczkolwiek niegroźnych przeciwników, a wreszcie pozbywanie się rywali biznesowych w Nowym Orleanie, co umożliwia renowację sklepów i obniżenie cen broni, ubrań oraz amunicji. Jeśli już przy renowacji jesteśmy – w ten sposób pozyskujemy nowe garderoby w różnych częściach miasta (możemy w nich wedle życzenia zmieniać persony; początkowo jest to ograniczone przez system), a także dwa typy sklepów: krawca i zbrojmistrza. U tego pierwszego zakupimy różnego rodzaju odzienie, jak w poprzednich częściach, a także zwiększymy zasobność naszych toreb na bomby dymne czy zatrute strzałki. U zbrojmistrza natomiast nabędziemy nowe uzbrojenie. Dodatkowy element to możliwość handlu poprzez sklep właśnie – nie musimy wracać do kryjówki, aby wysłać w podróż kolejny statek.

Misje głównego wątku nie nastręczają specjalnie wielu problemów – są bardzo proste i liniowe (idź z punktu A do punktu B, unieszkodliw pięciu strażników i nie daj się wykryć, zabij główny cel), a wyjątków, dających możliwość radosnego kombinowania, jest mniej niż palców u rąk. Nawet persony, umożliwiające (gra wręcz do tego zachęca!) przejście części misji na różne sposoby, nie ratują szybko nużącego wykonywania poleceń, które wyświetlają się na ekranie. Jedynym, co naprawdę sprawiało mi radość i za co bardzo lubię całą serię AC, był system walki. Zawsze zastanawiam się, jakież to nowe ruchy, ciosy i efektowne egzekucje przyszykują dla graczy twórcy, i w tym przypadku także się nie zawiodłem. Radosna sieczka daje sporo zabawy i pozwala chwilowo zapomnieć o mankamentach rozgrywki. Dodatkowy element to zabijanie większej liczby przeciwników przy pomocy łańcucha zabójstw. W tym trybie możemy wybrać broń i rodzaj zabójstwa, dzięki czemu każdego z oznaczonych oponentów możemy pokonać nieco inaczej  – w zależności od położenia przeciwnika, posiadanego przez nas uzbrojenia i tak dalej. Wygląda to bardzo efektownie i muszę przyznać, że ten element zrobił na mnie wrażenie.

Assassin’s Creed: Liberation HD to przerywnik i uzupełnienie historii uniwersum. Rozszerza zakres informacji o asasynach i templariuszach, ale nie daje tak dużej ilości zabawy jak pełnoprawne tytuły. Problemy z grafiką, rzekomo dostosowaną do normalnych konsoli i telewizorów zamiast handheldów, drewniane dialogi oraz szybko nudząca się rozgrywka powodują, że nie jest to tytuł, który polecę z czystym sumieniem. Jeżeli nie jesteście fanami serii, możecie śmiało odpuścić sobie jego zakup.

Recenzja pojawiła się pierwotnie w serwisie Poltergeist.pl

1-2-3 Bloger/Fejmus #5

1-2-3 bloger-logo-01Dzisiaj trochę późno wpis, ale to dlatego, że dzień strasznie napięty. Ogarnianie szołbizu to ciężka sprawa, ale pozwala się wznieść na wyżyny kreatywności. A skoro o kreatywności mowa – dziś goszczę osobę, która jest bardzo kreatywną blogerką i bardzo fajną – na tyle na ile ją poznałem poprzez bloga/fejsa osobą. Bez zbędnego przedłużania, zapraszam do lektury!

P.S. Owa osoba jest też przeze mnie hejtowana, bo ma własną linię koszulek!

Natalia ‚Nadya’ Dołżycka – Blogerka/fejmuska, propagatorka geekostwa, prowadzi jestemgeekiem.pl, specjalistka od Social Media, Kreacji i pierdyliarda innych rzeczy. Ponoć przeczytała cały Internet (tak twierdzą jej referencje), fanka gier video, gadżetów i pewnie jakiś słodyczy, ale nie zadzwoniłem do naszych wspólnych znajomych aby się tego dowiedzieć :) )

1. Wspierasz intensywnie inicjatywę Pog(R)adajmy – możesz coś więcej powiedzieć? Przybliżyć na czym to całe zamieszanie polega?

Generalnie chodzi o to, żebyśmy wszyscy przestali siedzieć za firewallem i wyszli do ludzi. ;) A tak całkiem serio, to Pog(R)adajmy jest ogólnopolską inicjatywą, zapoczątkowaną przez Schemata z bloga graczem-od-dziecka, której zadaniem jest integracja graczy i pracowników branży gier. Raz w miesiącu (zawsze druga środa miesiąca) spotykamy się jednego dnia aż w trzech miastach Polski (Warszawa, Kraków, Katowice), żeby pogadać na tematy związane z grami, napić się piwka i wspólnie pograć. Na Pog(R)adajmy jest też miejsce na mini-prezentacje – studiów gier, twórców niezależnych, albo na przykład osób, które chcą przedstawić swoją „grową” inicjatywę szerszemu gronu. Ważne jest to, że wszystkie trzy imprezy odbywają się w knajpach dla graczy – Level Up, Hex i Cybermachina, dzięki czemu na mniej oficjalnej części imprezy można na przykład wkopać komuś w Mortal Kombat. ;)

I wiesz, co jest najfajniejsze? Że to działa! Nie zliczę ile w ciągu dwóch organizowanych przeze mnie, katowickich spotkań, powstało fajnych znajomości, ile ludzi zaczęło coś wspólnie robić, a to dopiero początek! Mega pozytywna rzecz, polecam – i uczestnikom, i tym, którzy chcieliby się zająć organizacją Pog(R)adajmy w swoim mieście. A właśnie! Od marca odpalamy kolejną edycję, w Bydgoszczy. Jeśli któryś z Twoich czytelników ma blisko – tu albo na któreś ze „starych” spotkań – niech wpada! ;)

2. Z szybkiego research’u wynika, że świetnie znasz się na Social Mediach. Masz spore doświadczenie marketingu, kreacji, zajmowałaś się brandami. Czy wykształcenie pomaga w prowadzeniu bloga/fanpage’a? Co – jako specjalistka – doradziłabyś tym, którzy chcą zacząć, ale nie mają odpowiedniego wykształcenia?

Przede wszystkim, to nie kwestia wykształcenia, a doświadczenia. Wiedza o mediach społecznościowych jest stosunkowo młoda i wszystko, co wiem – podobnie jak większość osób zawodowo zajmujących się tym kawałkiem marketingu w sieci – zdobyłam po prostu w trakcie codziennej pracy, a także z polskich i zagranicznych blogów, spotkań z ludźmi, konferencji, książek. I to właśnie polecam na początek – czytanie, czytanie, czytanie. Nie będę podawać bibliografii, bo przecież nie o tym ten blog ;), ale w sieci znajdziesz bardzo dużo dobrego materiału. Połącz to z obserwacją dużych brandów, zobacz jak oni radzą sobie ze społecznością internetową, w których kanałach działają, co robią. No i próbuj sam, patrząc zawsze nie przez pryzmat narzędzia, którego używasz, a przez pryzmat celu, jaki chcesz osiągnąć i twojej grupy docelowej. Czyli – nie „zakładam fan page na facebooku” tylko „moimi czytelnikami są takie i takie osoby, wiem że często przebywają na Fejsie, lubią robić zdjęcia Instagramem itp., więc użyję tych narzędzi, nie innych”. Aha, no i jeszcze jedno – social media to rozmowa! Nie wklejanie kotów i śmiesznych zdjęć. Paradoksalnie to właśnie ta wiedza często przeszkadza, nie pomaga, bo wiem, że koty i śmieszne zdjęcia mają największe wzięcie. ;)

3. Jesteś gadżeciarą? Ulubiona marka?

Ostatnio straszną! Szczególnie jeśli chodzi o elektronikę, kocham też geek-koszulki (może nie gadżet, ale na pewno niezdrowa fascynacja :P), których mam na tony. Zdarza mi się też dokonać tak bezsensownego zakupu, jak specjalna obudowa z Mass Effecta na PS3 – wszystko przez to, że uwielbiam tę serię. Nie mam ulubionej marki, ale na pewno mam ulubiony gadżet – jest nim moja elektroniczna opaska JawboneUP, z którą się nie rozstaję kilka dobrych miesięcy, mierząca ilość i jakość mojego snu, umożliwiająca mi rejestrowanie moich codziennych aktywności i kontrolowanie tego, co jem. Obszerna recenzja była na moim blogu, tu powiem w skrócie – jest osom! Na szczęście z moim gadżeciarstwem nie jest tak, że muszę koniecznie mieć wszystko w dniu premiery, ale na zakup czeka między innymi quadrocopter i kilka innych zabawek, które będą chyba wymagały sprzedania nerki. ;)