Miesiąc: Maj 2014

1-2-3 Bloger/Fejmus #15

1-2-3 bloger-logo-01Zachowujemy – przynajmniej trochę – parytety, walkę o dżender i inne takie.

Dziś na kanapie – kobieta, Mistrz Gry i moja znajoma od czasu kiedy stawiałem pierwsze kroki w sieci. Przed Państwem:

Dominika Stępień a.k.a Blancheblogerka, tłumaczka [Kimochi no koryôshi – Les Petits Chasseurs d’Émotions], fanka Steampunku, finalistka Pucharu Mistrza Mistrzów, zdobywczyni Srebrnych Kości, sędzia w GRAMY! i GRAMY Express!, Archipelagu i Quentinie, właścicielka najpiękniejszego psa świata, druga połowa nimdila [albo odwrotnie].

1. Dlaczego Steampunk i dlaczego Castle Falkenstein?

Na pierwszą część pytania trudno mi odpowiedzieć – w końcu to kwestia gustu, a o gustach podobno się nie dyskutuje. Po prostu zawsze należałam do tych RPG-owców, którym bardziej odpowiadają konwencje historyczne lub quasihistoryczne, a steampunk, kiedy zetknęłam się z nim po raz pierwszy, wydawał mi się dużo ciekawszy, niż tradycyjne fantasy nawiązujące do średniowiecza.

Odpowiedź na drugą część pytania jest znacznie łatwiejsza: Castle Falkenstein to po prostu najlepiej napisany podręcznik RPG, jaki kiedykolwiek czytałam. Nie twierdzę przy tym, że system jest pozbawionym wad ideałem, chcę natomiast podkreślić, że – w przeciwieństwie do wielu innych podręczników – Castle Falkenstein to po prostu przyjemna lektura. Tak się składa, że nie lubię czytać RPG-ów. Wiem, że są osoby, które czytają RPG-i tak, jak się czyta powieści, ja jednak nie potrafię się do tego zmusić – jeżeli nie mam w bliskiej perspektywie sesji w danym systemie, to taka lektura jest dla mnie zwyczajnie jałowa i nudna. Castle Falkenstein to wyjątek od tej reguły, system napisany jest zabawnie i ze swadą. Rzeczywiście można go czytać jak powieść. Wielka szkoda, że zupełnie nie czuć tego w polskim wydaniu.

2. Od flejmów/shitstormów i wszelkiej maści rozważań o gender trzymasz się raczej z daleka. Nie korci Cię, aby czasem coś wrednego napisać?

Oczywiście, że korci! Raz nawet w ramach Karnawału Blogowego RPG napisałam tekst, podejmujący te kwestie, najwyraźniej jednak był utrzymany w zbyt łagodnym tonie i przeszedł  bez echa [Jak oswajam groźne słowa]. Może to dobrze, bo uważam, że zdecydowanie lepiej przysłużę się sprawie robiąc swoje i czynem pokazując, że panie są wartościowymi członkami fandomu, zamiast strzępiąc język (czy też z frustracją stukając w klawiaturę) po próżnicy.

3. Miałem już u siebie wcześniej małżeństwo (Denae i Adahl) związane z grami video. Nimdil i Ty to RPGowcy z krwi i kości. Dogadujecie się w kwestiach doboru systemów? Gracie razem? Kłócicie się?

Kłócimy się głównie o psa, bo ja jestem typową nadopiekuńczą matką, a nimdil równie typowym, niefrasobliwym ojcem. Natomiast, nie przypominam sobie żadnych spięć dotyczących RPG-ów, co jest o tyle ciekawe, że tak w kwestii konwencji, jak i konkretnych systemów mamy zupełnie rozbieżne gusta. Świetnym przykładem jest tu Warhammer, którego nimdil bardzo lubi, a ja – wręcz przeciwnie. Mamy na szczęście dostatecznie dużo różnych RPG-ów, żeby zawsze udało się nam znaleźć jakiś kompromis przy wyborze systemu.

Myślę, że w tym momencie RPG-owo dogadujemy się naprawdę dobrze, chociaż sporo czasu zajęło mi przełamanie się i zdecydowanie, że jednak mogę nimdilowi prowadzić sesje. Tymczasem na dzień dzisiejszy mam spore doświadczenie w prowadzeniu sesji dla jednego gracza, a nimdil pełni bardzo ważną funkcję mojego gracza-testera nowych systemów. Najważniejsze jest jednak to, że przy okazji rozmaitych konkursów każe mi wziąć się w garść i zabrania się wycofać, kiedy mam na to ochotę.

 

1-2-3 Bloger/Fejmus #14

1-2-3 bloger-logo-01Dzis na morelowej kanapie zasiadł ktoś, z kim od dawna chciałem porozmawiać. Co prawda nie odpowiedział mi na jedno, bardzo ważne pytanie, które znalazło się w przygotowanym pakiecie, ale cóż – takie już uroki tego cyklu ;)

Nie przedłużając!

Radosław Idol a.k.a Beamhitbloger, rozbójnik, fejmus, banita. Kiedyś miał znacznie ostrzejszy język, jednak po krótkim okresie banicji wrócił i chyba wydoroślał, złagodził ton. Nie zmienia to faktu, że jest osobą cenioną w miejscowych internetach, bo pisze fajnie i bardzo konkretnie.

1. Patrząc na Twoje notki, wydaje się, że piszesz praktycznie o wszystkim z RPGowego punktu widzenia (nie widziałem chyba tylko relacji z konwentów) – zaszufladkował byś się bardziej jako RPGowca, który pisze o swoich sesjach/systemach, czy bardziej jako krytyka samej blogosfery, fandomu?

Nie uważam się za krytyka blogosfery czy fandomu, wbijanie szpil zostawiam innym. No bo tak – Identyfikatory są złe, bez sensu, służą do głaskania się główce w zamkniętym kręgu. Takie były głosy niektórych ludzi z fandomu. Ale z mojej perspektywy to… To tak naprawdę nic mi nie przybędzie, ani nic mi nie ubędzie, nie ważne kto dostanie, a kto nie, i do czego służą te Identyfikatory. Jedyne co mi się nie podoba, to że jak ktoś w fandomie przedstawi jakąś koncepcję, i ktoś się z tym nie zgadza, to zaczynają się wycieczki osobiste. I nawet jeżeli ktoś przytoczy sensowne kontrargumenty, to znikają pod drugą częścią wywodu, w której hejtuje się na lewo i prawo. A trolle to… Zazwyczaj dosyć łebskie jednostki, znające się na swoim hobby, i które jak chcą, są w stanie przekazać fajne ciekawe spostrzeżenia i pomysły. Niestety wolą spożytkować czas na coś innego. Czyli… Jestem po prostu zwykłym erpegowcem który czasami napisze coś o swoim hobby.

2. Ostatnio pytałem Dracha o Edge of Empire – widzę, że Ty także grywasz. Czy to godny następca poprzednich systemów ?

Edge of the Empire jest fajne. Jasne, pewnie subiektywna opinia, ale wielu ludzi co zagrało, stwierdziło to samo. FFG (wydawca EotE) ostatnio przyznał, że to najlepiej sprzedawane RPG w ich historii. W systemie musi być jakaś magia, skoro nawet nie zauważono tak popularnych „edition wars”. Gra przypadła do gustu zarówno weteranom wersji WEG, jak i późniejszym graczom wersji d20. Inną fajną rzeczą jest to, że ludzie piszą też w tym stylu: „Nie jestem fanem Star Wars, coś tam widziałem, ale ostatnio zagrałem w EotE” i… Chcę więcej! Jasne, w tych moich spostrzeżeniach może być po prostu dużo fanatyzmu, i jestem tak nim zaślepiony, że nie dostrzegam jaki to jest system zły i niedobry. Ale z mojego punktu widzenia? To najlepszy Star Warsowy erpeg w historii, nie tylko godny następca, ale też ustawiający poprzeczkę bardzo wysoko dla ewentualnych przyszłych edycji.

3. Bierzesz udział w shitstormach i flejmach ? Wywołujesz je? Miałeś swego czasu łatkę Trolla.

Tak, jestem byłym trollem. Ale człowiek pewnego dnia budzi się i stwierdza, że nie warto. Przepychanki, imputowanie, bluzgi, wypowiedzi z podwójnym przekazem i inne takie zaczynają niektórych w pewnym momencie męczyć. Zaryzykuję stwierdzenie, że nie tylko ja tak mam. Obserwuje ostatnie wpisy blogowe czy dyskusje na g+, i widzę, że ludziom już się nie chce słuchać kolejnego wywodu, że „Beamhit to kretyn, bo w ’84 chciał narysować komiks o Bolku i Lolku, który miał być lepszy niż komiks o Reksiu, który narysował XXX”. Można powiedzieć, że ludzie stają się tacy „wykastrowani, bez pazura” (że tak zacytuję), Ja raczej uważam, że większa część jest już tym zmęczona i idą po rozum do głowy. A reszta potrafi być już tylko smutnymi zgryźliwymi dziadkami. Ale jest jeszcze dla nich nadzieja ;)

Finały Arrow i S.H.I.E.L.D, czyli dlaczego zbieram szczękę z podłogi.

79c37530-692e-4326-b069-a6ca4e96d94b_zpsbb69d941

W zeszłym tygodniu obejrzałem finały Arrow i Agents of S.H.I.E.L.D.

I szczerze mówiąc – w obu przypadkach zbierałem szczękę z podłogi. Powodów takiego, a nie innego zachowania jest kilka, jednak różnią się one w zależności od tego o którym uniwersum komiksowym mówimy. Ogólnie – jaram się tym, że w końcu mamy superbohaterskie seriale pełną gębą. Jaram się tym, w jaki sposób są prowadzone, zagrane i w końcu jaram się tym, że możemy zaobserwować dwa różne pomysły na prowadzenie samej formuły, rozbudowy universum telewizyjno-kinowego. Bo jak wiadomo seriale bazują na komiksach, jednak wprowadzają istotne zmiany.

Słowo wyjaśnienia – nie mam zamiaru udowadniać w poniższej notce wyższości jednego serialu nad drugim. Raczej chce pokazać, że oba zasługują na uwagę, dzieląc się jednocześnie kilkoma przemyśleniami :)

ArrowPromo1

Arrow – Serial o mścicielu w zielonym kapturze zbiera tak pochlebne recenzje, że nie będę się tutaj już rozpływał nad całością (choć są składowe elementy, które mnie osobiście strasznie irytują, np drewniana gra aktorska Stephena Amell’a i Katie Cassidy). Spoglądając jednak wstecz widać, że producenci i scenarzyści nie śpieszą się. Chęć rozbudowania świata o kolejne seriale poprzedzona jest trzema świetnymi sezonami, które odpowiednio kreują świat pełen żywych bohaterów i przeciwników do wykorzystania. Dodatkowo interesująca historia, która jeszcze – wbrew pozorom się nie zakończyła. No i sam dobór bohaterów – ludzie z CW trafili w samo sedno wybierając bardziej street level heroes, którzy nie mają żadnych mocy wymagających olbrzymich nakładów na efekty specjalne. A jednak mamy tutaj sam sos – maski, stroje, Ligę Cieni i nadprzyrodzone moce wynikające z eksperymentalego leku. Czego chcieć więcej jeśli chodzi o serial? W sumie – brakuje inwazji obcych (ale tą mieliśmy w Avengers).

Teraz, kiedy renoma serialu już okrzepła, scenarzyści wykazali iż potrafią nas jeszcze zaskoczyć (patrz finał 3-go sezonu) czas na kolejny element układanki, czyli drugi serial. W przeciwieństwie do S.H.I.E.L.D tutaj widać pójście w drugą stronę – w pierwszej kolejności budujemy świat przedstawiony na małym ekranie, a dopiero potem będziemy go uzupełniać kinowymi hitami. Wydaje mi się, że jest to słuszna i bezpieczniejsza ścieżka, choć z drugiej strony – patrząc na „szczęście” jakie DC ma do ekranizacji wyczynów swoich bohaterów można mieć wątpliwości (może poza Gackiem). Ale zboczyłem z tematu – chciałem nawiązać do ostatniego 5 minutowego trailera Flasha. Szczękę z podłogi zbierałem długo po seansie. I jeśli oba seriale utrzymają wysoki poziom to dostaniemy niesamowitą mieszankę, która będzie wyznaczać standardy na przyszłość. Bo Arrow mam nadzieję, że pozostanie na poziomie ulicy, podczas gdy Flash bedzie – jeśli wierzyć trailerom – napakowanym efektami i akcją majstersztykiem.

agents_of_s.h.i.e.l.d._hd_backgrounds_1080p

Agents of S.H.I.E.L.D – dziwne są losy tego serialu. Na początku wieszano na nim straszne psy. Może związane to było z mocno napompowanym balonem oczekiwań. Wszak filmy z Marvelowskiego uniwersum spowodowały, że wiele osób jarało się okrutnie na samą myśl o tym co zobaczymy na małym ekranie. No i do tego dochodził Agent Coulson, który zdążył już zaskarbić sobie sympatię wielu telewidzów po swoim brawurowym występie w Avengers.

Jednak druga połowa serialu to totalny rollecoaster – pomimo świetnych smaczków już wcześniej (jak chociażby odcinek związany z drugim Thorem) dopiero Zimowy Żołnierz dał prawdziwego kopa Agentom. W przeciwieństwie do seriali ze świata DC tutaj najpierw mieliśmy całą serię filmów kinowych, które dopiero po pewnym czasie zostały uzupełnione o serial. I teraz – kiedy spoglądam na to z perspektywy czasu wszystko układa mi się pięknie w jedną całość. Jest to dla mnie osobiście świetny zabieg marketingowy, a także genialny zabieg budowania community wokół telewizyjnego świata Marvela (bo że są różnice – to wiadomo). Gdy skończyłem oglądać finał, od razu w głowie miałem pomysł zorganizowania maratonu. Od Avengers do finału pierwszego sezonu Agentów – serial i filmy. To prawie jak oglądanie wszystkich trzech części Władcy Pierścieni w wersji reżysersko rozszerzonej. Może kiedyś.

Wracając jednak do samego serialu – szczerze? – nie mogę się doczekać dalszego ciągu. Zwłaszcza, że jestem chorobliwie wręcz ciekawy, jak zostaną pociągnięte kolejne wątki i w jaki sposób filmy kinowe będą oddziaływać na sam serial. Scenarzyści zostawili sobie tutaj mnóstwo furtek do wykorzystania w kolejnych sezonach – czy będą one w jakiś sposób wykorzystane w filmach? Bardzo chciałbym się tego już dowiedzieć. W końcu #itsallconnected.

Należy wspomnieć jeszcze o jednej rzeczy – mamy tutaj zupełnie inną specyfikę przygód w porównaniu do Arrow – więcej obcych, więcej supermocy z fajerwerkami (choć i tak nie za dużo), więcej efektów specjalnych. Jedyną moją obawą jest to, czy serial utrzyma odpowiednio wysoki poziom wizualny. Plany są ambitne, jednak czy scenarzyści, spece od marketingu i ludzie, którzy wypisują czeki będą w stanie utrzymać to przedsięwzięcie i uczynić je opłacalnym w dłuższej perspektywie. Po jednym sezonie trochę ciężko odpowiedzieć na to pytanie. Arrow poszedł bezpieczną ścieżką, bo spoglądając na to co będziemy widzieć na ekranie naszych telewizorów we Flashu – nakłady będą tylko rosnąć, podczas gdy w Agentach są już mocno wywindowane. A warto wspomnieć, że czeka nas jeszcze Agent Carter. Serial, który dla mnie osobiście jest wielką niewiadomą, ze względu na to iż nie śledzę żadnych informacji na jego temat – chcę aby mnie zaskoczono!

Podsumowując – oba seriale i oba kreowane uniwersa mają swoje zalety i wady. Jeżeli zraziliście się do któregoś z powyższych seriali – dajcie im drugą szansę. Naprawdę warto. Zwłaszcza, jeżeli spojrzeć na te seriale, jako element większej całości, która już istnieje (Agenci), lub tworzy się poprzez naprawdę świetną realizację (Arrow).

1-2-3 Bloger/Fejmus #13

1-2-3 bloger-logo-01No i wracamy!

2 tygodnie przerwy – bo nie było czasu, bo wiele się działo, bo zmiana pracy (na Dream Job!). Ale powoli zaczynam odzyskiwać rytm. Przy okazji wyłączyli mi fejsa w pracy [#smuteczek], a że z appki mobilnej niespecjalnie lubie korzystać to czuje się jak odcięty od świata.
Dobra – ponarzekałem, czas przejść do konkretów – dziś kolejna osoba, bloger z krwi i kości, bardzo, ale to bardzo fajnie czyta mi się jego wpisy, które uważam za bardzo konkretne. Aha – rozpisał się chłopak, więc dzisiaj raczej nie będzie zwięźle ;)

Przed Państwem:

Olek Ryłko a.k.a Drachubloger, RPGowiec, Powergamer. Pisze z sensem i ciekawie. Znany i szanowany w miejscowych internetach. Pisywał na Polterze. Wydaje mi się, że także fejmus i to w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu.

1. Jak znajdujesz Edge of Empire? Przymierzam się do poprowadzenia i przyznam, że śledzę Twoje raporty. Napiszesz coś więcej na temat swoich odczuć? 

Edge of the Empire oceniam diabelnie pozytywnie. Jakiś czas temu, przy okazji któregoś z Karnawałów, zapowiadałem, że pozostaję przy Savage Worlds i Fate Core i każda nowa mechanika naprawdę będzie musiała się napocić, żebym rozważył, czy chce mi się jej uczyć. No i ta się postarała. Gra się super, moi gracze też są bardzo zadowoleni – przy czym nie ma wśród nas jakichś wielkich fanów uniwersum. Bo to nie samo Star Wars nam sprawia tak dużą radochę, a właśnie zabawa tymi zasadami. 
Trzeba pamiętać, że Edge of the Empire nie jest mocnym zawodnikiem jeśli chodzi o taktyczne rozgrywanie walk (a to jest coś, co lubię) – dystanse są ustalane „na oko”, ruch bohaterów też ocenia się „na oko”, modyfikatory sytuacyjne są uznaniowe, ataków okazyjnych nie ma – no to nie jest gra, która będzie śmigać na siatce taktycznej. 
Ale nadrabia to swoja elastycznością – można na niej wykręcać naprawdę fajne, że się tak wyrażę – filmowe, akcje. Wymaga jednak wzajemnego szacunku MG i graczy – wiele rzeczy tak naprawdę jest negocjowanych – dodatkowe okoliczności towarzyszące sukcesowi lub porażce, modyfikatory sytuacyjne – podręcznik nie daje sztywnych reguł w tym przypadku. Tym samym MG musi umieć uargumentować swój punkt widzenia, nie może pozwolić sobie na arbitralne decyzje, a i gracze nie mogą, korzystając z przewagi liczebnej, narzucać na siłę rozwiązań – gra w Edge of the Empire wymaga umiejętności wypracowywania konsensusu.
I jeszcze jedno – jest taka grupa graczy, którzy przychodzą na sesję, by być zabawianym – jak w piosence Nirvany – here we are now, entertain us. To ludzie, którzy oczekują, że MG im wszystko opowie i wszystko zrobi za nich. Edge nie jest dla nich, wymaga pewnej aktywności. 
Co jeszcze? Gra ma zaskakująco niski próg wejścia dla graczy – jest dość intuicyjna i nie ma ogromu sztywnych reguł. Podręcznik wydaje się ogromny – to prawda, jest obszerny, ale sam rdzeń rozgrywki jest bardzo prosty. Tak naprawdę większości rzeczy zawartych w podręczniku nie musisz pamiętać – tylko sprawdzasz je czasem – wiesz, dużo zajmuje sprzęt, statki kosmiczne, (sz)moc, bestiariusz, rozdział o prowadzeniu, drzewka rozwoju – to nie są rzeczy, których potrzebujesz na co dzień. 
Do tego fajna i aktywna linia wydawnicza – dla mnie to jest ważne. Jeżeli podstawka mi się spodoba, to chciałbym więcej. Linia Edge of the Empire jest niezła (na tyle, na ile ją znam, bo jednak wszystkiego nie kupiłem) i mniej-więcej raz na miesiąc owocuje kolejnym podręcznikiem. 
I na deser – jeżeli nie masz fikuśnych kostek dedykowanych EotE, to w podręczniku jest tabelka jak wykorzystać kostki zwykłe. Z góry mówię – rozwiązanie to nie działa, nie polecam, wręcz odradzam. Trudno, trzeba tą stówę na kości wyłożyć.

2. Z tego co znalazłem na Twój temat w sieci, wychodzi mi że wiele osób uważa Cię za rozsądnego i merytorycznego rozmówcę (rzadkość!) – uczestniczysz w różnej maści flejmach i shitstormach w polskich internetach? 

Teraz już nie. To znaczy – lubię uczestniczyć w dyskusjach, nawet tych najgorętszych, dotyczących naszego hobby. Pamiętajmy, że jeszcze do niedawna flejmy merytoryczne były na porządku dziennym – ludzie gadali o RPG i na tym tle dochodziło do sporów. Czasami bardzo burzliwych – z banami, dożywotnim hejtem i odejściami z for. Czasami te spory były nadzwyczaj owocne. Pamiętam np. wielkie wojny o teorię RPG – część ludzi uznała, że bulszyt, część uznała że super. Ale tak naprawdę ważne jest to, że ludzie z sobą dyskutowali – ok, czasami na ostro, ale gadali. Padło dużo ciekawych myśli, spostrzeżeń i przykładów. Czyli nawet osoby negujące sens teorii RPG musiały się z nią zapoznać, przemyśleć i myśli swoje w jakiś sposób sformułować. Sam zysk.
Wiele z mojego obecnego podejścia do gry kształtowało się pod wpływem różnych dyskusji. Ale nawet w takich dyskusjach zawsze pilnowałem, żeby nie chlapnąć za dużo – bo widzisz, ja nie lubię kwasić się z ludźmi. Kiedyś usłyszałem, że jestem internetowym odpowiednikiem św. Franciszka, chociaż pewnie napisałem parę rzeczy, z których nie jestem dumny.
Od pewnego czasu jednakże shitstormy mają inne tło – bo chodzi o sprawy światopoglądowe, znacznie szersze niż samo RPG. W te, co do zasady, staram się nie angażować. Cenię wolność słowa – uważam, że idea, również i najpiękniejsza podlega dyskusji i krytyce. Nie oburza mnie to, że ktoś promuję jakaś ideę, ani też to, że ktoś rzuca w nią niepochlebnym postem, czy wręcz stara się ją ośmieszyć.
Za to nie lubię zamordyzmu, czy jedynych akceptowalnych linii wypowiedzi – dlatego też na jakiś czas rozstałem się z Polterem. Idea musi być w stanie sama się obronić.
Obecne spory światopoglądowe (a te dominują w fandomie od paru miechów) nie mają sensu – są dwie silne grupy, popierające wszystko co napisał któryś z ich przedstawicieli – to nie jest dyskusja, która coś zmieni. Część z tych ludzi nie udziela się w RPGowym światku od lat, wypływając jedynie przy takich sporach. 
Dlatego też, jeżeli kiedyś my (w sensie fandom) zaczniemy żreć się o RPGi, to ja chętnie wrócę do dyskusji.

3. Mówisz o sobie Powergamer – to filozofia, styl (ponad wszystko!), czy raczej coś innego? Nie lubisz „klymaciarstwa”?

Ależ lubię. Przynajmniej tak długo, jak nie robi się pretensjonalne. Tylko, że te powergaming i klimaciarstwo nie stoją w opozycji, jasne – wiele się mówiło o role-playing i roll-playing jako o swoich przeciwieństwach. Ale tak naprawdę jedno nie wyklucza drugiego. Postać może mieć fantastyczne tło fabularne i robić na sesjach rzeczy,  o których potem krążą legendy przy piwie, a jednocześnie mieć bardzo dużo ataków i mielić przeciwników na plasterki. 
Dla mnie powergaming oznacza wyciśnięcie z reguł jak najwięcej, by mieć postać jak najbardziej zbliżoną do swoich oczekiwań (czyli w moim przypadku mocną – lubię mocne postaci) – oczywiście w ramach zasad. Bez nich w powergamingu nie ma nic fajnego. Bez nich nie ma radości z żyłowania reguł i wymyślania combosów. Tak naprawdę wielu, jeśli nie większość z nas, to właśnie powergamerzy, tylko tego nie przyznajemy. 
Dlatego np. nie podeszło mi DnD 4.0. W takim 3.0 początkowa koncepcja postaci i to, jak j rozwijałeś była bardzo ważna. W 4.0 jeden gracz może maksymalnie wyżyłować zasady, drugi zaś może na chybił-trafił rozdzielić statystyki i zdolności. I obaj będą mieli postać po podobnej „mocy”. A ja lubię, gdy kombinowanie jest opłacalne. To taka forma wynagradzania tych, którym się chciało zrobić coś więcej (tzn. poznać zasady i przemyśleć postać).

Go Panthers!

panthers-logo

Jakiś czas temu oglądałem Puchar Narodów w Rugby. Sport urzekł mnie i nie przeszkadzały mi nawet dość skomplikowane zasady (które – z czasem – okazały się trudne do pojęcia tylko na pierwszy rzut oka).
Jednak amerykański Futbol zawsze wydawał mi się bardziej lajtową odmianą rugby (te wszystkie kaski, ochraniacze i tak dalej). Obejrzałem jednak – przez przypadek kilka meczy w TV, potem dowiedziałem się, że we Wrocławiu mamy Mistrzów Polski. W dalszym ciągu nie wywołało to mojego jakiegoś wielkiego uniesienia. Ale potem zajmowałem się produkcją teledysku w którym występowali właśnie zawodnicy wrocławskich Panter.

A ostatnio poszedłem na mecz.

_MG_9369.800x600

No i okazało się, że znalazłem na wrocławskim Stadionie Olimpijskim coś, co można nazwać nowym bakcylem.

Dostałem świetną rozrywkę, akcje, emocje, a do tego – pełną kulturę na trybunach. Wiadomo, że Futbol jest niszowym sportem w naszym kraju (choć niesamowicie szybko się rozwija), jednak na trybunach zasiadło prawie tysiąc osób (a wiem, że na ostatnim meczu, w którym nie mogłem uczestniczyć frekwencja była podobna), którzy gorąco dopingowali. Kibice obu drużyn siedzieli obok siebie i zagrzewali swoje drużyny do walki. Wokół biegało mnóstwo dzieci (które cały czas zaczepiały maskotkę Panthers – według mnie to najbardziej przerąbana robota w czasie meczu!). Stwierdziłem – WOW! to jest niesamowite. Nie ma bucówy, dymu, ustawek, rac. Jest genialna atmosfera, totalny luz i poczucie bezpieczeństwa.

A na boisku jest dwudziestu dwóch kolesi, którzy nie płaczą po delikatnym dotknięciu. Tam się napierdzielają aż miło.

Sprawdźcie sobie na stronie Polskiej Ligi Futbolu Amerykańskiego czy w Waszym mieście jest jakiś zespół i wybierzcie się na mecz. Bilety nie kosztują dużo (w przedsprzedaży 17 złotych normalny), można świetnie spędzić dzień (mecz trwa ok 3 godzin), napić się piwka, albo czegoś innego (we Wrocławiu sprzedają świeżo wyciskane soki!) i troche pokrzyczeć i pokibicować. Polscy zawodnicy z reguły grają za darmo – nie mają z tego pieniędzy (bo to jeszcze nie ten poziom finansowania i organizacji), dlatego warto wesprzeć ich kupując bilety.

Gwarantuje Wam niesamowite przeżycia i fajnie spędzony czas. A jeśli nadal się wachacie :

Argument dla kobiet: 

_MG_0546.800x600panie

_MG_0410.800x600panie

Argument dla mężczyzn: 

_MG_9448.800x600panowie

_MG_0627.800x600panowie

Zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony Panthers Wrocław:  Źródło.

S/lay w/Me – słów kilka o … ?

_bB17713
Jutro piątek, dzisiaj zaczyna się majówka. Jutro powinno pojawić się nowe 1-2-3 Bloger/Fejmus, ale się nie pojawi niestety ze względu na brak czasu zwyczajnie. Za to poniżej moja recenzja gry wydanej przez Darkena i jego Gindie. Długo się zastanawiałem w jakim tonie napisać te kilka słów o S/lay w/Me. I postanowiłem po prostu to zrecenzować – bez zbędnego hejtu (którego trochę w internetach widziałem), ale też bez peanów i zbytniego zachwytu (który przewinął się u niektórych osób). Podkładanie pod tą grę jakiejkolwiek ideologii uważam za zbędne . To na pewno nie jest gra dla wszystkich, ale cóż – w ostateczności można wyciągnąć kartę IKS. Zapraszam do lektury.

Kiedy usłyszałem o projekcie gry S/lay w/Me nie byłem specjalnie przekonany. Zwłaszcza, gdy okazało się, że podręcznik to cieniutka broszurka, w całości czarno biała. Czy na naszym malutkim ryneczku jest miejsce dla takiego wydawnictwa? Czy polscy gracze zagłosują portfelem? Jak pokazał crowdfunding – tak. Jednak czy jest to pozycja dla kogoś, kto nie miał styczności z indie RPG? Nie do końca.

Ale od początku – całość podręcznika zamyka się w 30 stronach. Z czego 10 to dodatkowe ilustracje. Trochę mało, choć za wersję PDF cena jest do przełknięcia (9,90zł). W środku znajdziemy opis samej rozgrywki. Nie jest on jednak napisany prostym i przystępnym językiem. Wydawca reklamuje swój produkt jako „Fantasmagoryczną grę” i taki trochę jest język, jakim napisane są zasady rozgrywki. Z jednej strony – fajnie, od razu wprowadza niejako w klimat rozgrywki, współgra z ilustracjami. Z drugiej – może odrzucać. To nie jest gra dla każdego. Zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę także występujący w grze element erotyzmu i seksu, który odgrywa dość ważną rolę.

S/lay w/Me to gra dla dwóch osób – jedna z nich to „Ty”: Bohater / Bohaterka. Osoba będąca Bohaterem opisuje swoją postać w kilku prostych zdaniach, tak samo jak nakreśla to, gdzie ma miejsce dana rozgrywka i robi to w kilku prostych zdaniach. Na końcu określa Cel swojej postaci – coś, co jest dla niej ważne, do czego dąży, co chce osiągnąć. Drugą osobą jest „Ja” – opisuje miejsce rozgrywki, ustala tożsamość i osobowość Kochanka i Potwora (który może być jedną postacią). Przypisuje im też wartości liczbowe potrzebne w dalszej rozgrywce.

Do gry niezbędne są kostki sześciościenne. Rozgrywka to wymiana Podbić – czyli opisów, które zawierają także ważne wydarzenia popychające całą grę do przodu. Osoba tytułowana jako „Ja” wprowadza na początku do gry Kochanka, a potem Potwora oraz opisuje całość świata i zdarzeń jakie mają miejsce w świecie gry. „Ty” głównie opisuje to, co robi Bohater. Całość polega na snuciu opowieści – obie osoby na zmianę przejmują jej ster, wpływając na siebie i swoje postaci. Autorzy dopuszczają także możliwość decydowania za postać kontrolowaną przez drugą stronę – cały czas jednak zwraca się uwagę na elastyczność i zachowanie zdrowego rozsądku. W czasie Podbić pojawia się także Cel, który jest na początku określony dla postaci Bohatera. Wszystko to prowadzi do nieuniknionego Starcia w której wykorzystywana jest mechanika zawarta w broszurce.

Tak w skrócie prezentuje się schemat proponowany przez autora. Wszystko to, co napisałem powyżej, jest streszczeniem pierwszych 10 stron broszury – pozostała jej część opisuje dokładnie mechaniczne aspekty Podbić, Starcia i zakończenia gry.  Autor wyjaśnia co można, a czego nie, w jaki sposób prowadzić rozgrywkę, a także jak wykorzystywać w niej kości. Wszystko to nie jest specjalnie skomplikowane i praktycznie po jednorazowym przeczytaniu zasad można zasiąść do gry. I to właściwie wszystko. A jednak nie do końca – S/lay w/Me daje duże możliwości rozegrania fajnej rozgrywki, niekoniecznie w klimatach fantasy. Jeżeli mamy chwilę czasu, bez problemu rozegramy i opowiemy fajną historię z zapomnianej kolonii na jakimś księżycu, statku kosmicznego, czy Dzikiego Zachodu – wszystko zależy od tego, jakie zdania i jaką konwencję przyjmiemy na samym początku, definiując Bohatera i Miejsce.

Opisywana przeze mnie gra z pewnością nie należy do typowego mainstreamu. Jednak może być ciekawą odskocznią, zwłaszcza kiedy nie mamy kompletu graczy. Albo jeśli szukamy rozwiązania na czas podróży, lub w czasie konwentu. Mam wrażenie, że dla osób nie znających gier Indie RPG formuła S/lay w/Me może być trudna do przyjęcia, jednak powinno się dać jej szansę i zastanowić się nad jej zaletami – a tych po głębszym przeanalizowaniu możliwości jest dość sporo. Niektóre wręcz mogą zaskoczyć.

Recenzja pojawiła się pierwotnie w serwisie Poltergeist.pl