1-2-3 Bloger/Fejmus #13

1-2-3 bloger-logo-01No i wracamy!

2 tygodnie przerwy – bo nie było czasu, bo wiele się działo, bo zmiana pracy (na Dream Job!). Ale powoli zaczynam odzyskiwać rytm. Przy okazji wyłączyli mi fejsa w pracy [#smuteczek], a że z appki mobilnej niespecjalnie lubie korzystać to czuje się jak odcięty od świata.
Dobra – ponarzekałem, czas przejść do konkretów – dziś kolejna osoba, bloger z krwi i kości, bardzo, ale to bardzo fajnie czyta mi się jego wpisy, które uważam za bardzo konkretne. Aha – rozpisał się chłopak, więc dzisiaj raczej nie będzie zwięźle ;)

Przed Państwem:

Olek Ryłko a.k.a Drachubloger, RPGowiec, Powergamer. Pisze z sensem i ciekawie. Znany i szanowany w miejscowych internetach. Pisywał na Polterze. Wydaje mi się, że także fejmus i to w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu.

1. Jak znajdujesz Edge of Empire? Przymierzam się do poprowadzenia i przyznam, że śledzę Twoje raporty. Napiszesz coś więcej na temat swoich odczuć? 

Edge of the Empire oceniam diabelnie pozytywnie. Jakiś czas temu, przy okazji któregoś z Karnawałów, zapowiadałem, że pozostaję przy Savage Worlds i Fate Core i każda nowa mechanika naprawdę będzie musiała się napocić, żebym rozważył, czy chce mi się jej uczyć. No i ta się postarała. Gra się super, moi gracze też są bardzo zadowoleni – przy czym nie ma wśród nas jakichś wielkich fanów uniwersum. Bo to nie samo Star Wars nam sprawia tak dużą radochę, a właśnie zabawa tymi zasadami. 
Trzeba pamiętać, że Edge of the Empire nie jest mocnym zawodnikiem jeśli chodzi o taktyczne rozgrywanie walk (a to jest coś, co lubię) – dystanse są ustalane „na oko”, ruch bohaterów też ocenia się „na oko”, modyfikatory sytuacyjne są uznaniowe, ataków okazyjnych nie ma – no to nie jest gra, która będzie śmigać na siatce taktycznej. 
Ale nadrabia to swoja elastycznością – można na niej wykręcać naprawdę fajne, że się tak wyrażę – filmowe, akcje. Wymaga jednak wzajemnego szacunku MG i graczy – wiele rzeczy tak naprawdę jest negocjowanych – dodatkowe okoliczności towarzyszące sukcesowi lub porażce, modyfikatory sytuacyjne – podręcznik nie daje sztywnych reguł w tym przypadku. Tym samym MG musi umieć uargumentować swój punkt widzenia, nie może pozwolić sobie na arbitralne decyzje, a i gracze nie mogą, korzystając z przewagi liczebnej, narzucać na siłę rozwiązań – gra w Edge of the Empire wymaga umiejętności wypracowywania konsensusu.
I jeszcze jedno – jest taka grupa graczy, którzy przychodzą na sesję, by być zabawianym – jak w piosence Nirvany – here we are now, entertain us. To ludzie, którzy oczekują, że MG im wszystko opowie i wszystko zrobi za nich. Edge nie jest dla nich, wymaga pewnej aktywności. 
Co jeszcze? Gra ma zaskakująco niski próg wejścia dla graczy – jest dość intuicyjna i nie ma ogromu sztywnych reguł. Podręcznik wydaje się ogromny – to prawda, jest obszerny, ale sam rdzeń rozgrywki jest bardzo prosty. Tak naprawdę większości rzeczy zawartych w podręczniku nie musisz pamiętać – tylko sprawdzasz je czasem – wiesz, dużo zajmuje sprzęt, statki kosmiczne, (sz)moc, bestiariusz, rozdział o prowadzeniu, drzewka rozwoju – to nie są rzeczy, których potrzebujesz na co dzień. 
Do tego fajna i aktywna linia wydawnicza – dla mnie to jest ważne. Jeżeli podstawka mi się spodoba, to chciałbym więcej. Linia Edge of the Empire jest niezła (na tyle, na ile ją znam, bo jednak wszystkiego nie kupiłem) i mniej-więcej raz na miesiąc owocuje kolejnym podręcznikiem. 
I na deser – jeżeli nie masz fikuśnych kostek dedykowanych EotE, to w podręczniku jest tabelka jak wykorzystać kostki zwykłe. Z góry mówię – rozwiązanie to nie działa, nie polecam, wręcz odradzam. Trudno, trzeba tą stówę na kości wyłożyć.

2. Z tego co znalazłem na Twój temat w sieci, wychodzi mi że wiele osób uważa Cię za rozsądnego i merytorycznego rozmówcę (rzadkość!) – uczestniczysz w różnej maści flejmach i shitstormach w polskich internetach? 

Teraz już nie. To znaczy – lubię uczestniczyć w dyskusjach, nawet tych najgorętszych, dotyczących naszego hobby. Pamiętajmy, że jeszcze do niedawna flejmy merytoryczne były na porządku dziennym – ludzie gadali o RPG i na tym tle dochodziło do sporów. Czasami bardzo burzliwych – z banami, dożywotnim hejtem i odejściami z for. Czasami te spory były nadzwyczaj owocne. Pamiętam np. wielkie wojny o teorię RPG – część ludzi uznała, że bulszyt, część uznała że super. Ale tak naprawdę ważne jest to, że ludzie z sobą dyskutowali – ok, czasami na ostro, ale gadali. Padło dużo ciekawych myśli, spostrzeżeń i przykładów. Czyli nawet osoby negujące sens teorii RPG musiały się z nią zapoznać, przemyśleć i myśli swoje w jakiś sposób sformułować. Sam zysk.
Wiele z mojego obecnego podejścia do gry kształtowało się pod wpływem różnych dyskusji. Ale nawet w takich dyskusjach zawsze pilnowałem, żeby nie chlapnąć za dużo – bo widzisz, ja nie lubię kwasić się z ludźmi. Kiedyś usłyszałem, że jestem internetowym odpowiednikiem św. Franciszka, chociaż pewnie napisałem parę rzeczy, z których nie jestem dumny.
Od pewnego czasu jednakże shitstormy mają inne tło – bo chodzi o sprawy światopoglądowe, znacznie szersze niż samo RPG. W te, co do zasady, staram się nie angażować. Cenię wolność słowa – uważam, że idea, również i najpiękniejsza podlega dyskusji i krytyce. Nie oburza mnie to, że ktoś promuję jakaś ideę, ani też to, że ktoś rzuca w nią niepochlebnym postem, czy wręcz stara się ją ośmieszyć.
Za to nie lubię zamordyzmu, czy jedynych akceptowalnych linii wypowiedzi – dlatego też na jakiś czas rozstałem się z Polterem. Idea musi być w stanie sama się obronić.
Obecne spory światopoglądowe (a te dominują w fandomie od paru miechów) nie mają sensu – są dwie silne grupy, popierające wszystko co napisał któryś z ich przedstawicieli – to nie jest dyskusja, która coś zmieni. Część z tych ludzi nie udziela się w RPGowym światku od lat, wypływając jedynie przy takich sporach. 
Dlatego też, jeżeli kiedyś my (w sensie fandom) zaczniemy żreć się o RPGi, to ja chętnie wrócę do dyskusji.

3. Mówisz o sobie Powergamer – to filozofia, styl (ponad wszystko!), czy raczej coś innego? Nie lubisz „klymaciarstwa”?

Ależ lubię. Przynajmniej tak długo, jak nie robi się pretensjonalne. Tylko, że te powergaming i klimaciarstwo nie stoją w opozycji, jasne – wiele się mówiło o role-playing i roll-playing jako o swoich przeciwieństwach. Ale tak naprawdę jedno nie wyklucza drugiego. Postać może mieć fantastyczne tło fabularne i robić na sesjach rzeczy,  o których potem krążą legendy przy piwie, a jednocześnie mieć bardzo dużo ataków i mielić przeciwników na plasterki. 
Dla mnie powergaming oznacza wyciśnięcie z reguł jak najwięcej, by mieć postać jak najbardziej zbliżoną do swoich oczekiwań (czyli w moim przypadku mocną – lubię mocne postaci) – oczywiście w ramach zasad. Bez nich w powergamingu nie ma nic fajnego. Bez nich nie ma radości z żyłowania reguł i wymyślania combosów. Tak naprawdę wielu, jeśli nie większość z nas, to właśnie powergamerzy, tylko tego nie przyznajemy. 
Dlatego np. nie podeszło mi DnD 4.0. W takim 3.0 początkowa koncepcja postaci i to, jak j rozwijałeś była bardzo ważna. W 4.0 jeden gracz może maksymalnie wyżyłować zasady, drugi zaś może na chybił-trafił rozdzielić statystyki i zdolności. I obaj będą mieli postać po podobnej „mocy”. A ja lubię, gdy kombinowanie jest opłacalne. To taka forma wynagradzania tych, którym się chciało zrobić coś więcej (tzn. poznać zasady i przemyśleć postać).

Reklamy

Komentarze

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s