Miesiąc: Czerwiec 2014

Wszystkie fetysze Majkela Beja.

Michael Bay – człowiek, który wysadził Biały Dom przy pomocy kosmicznego talerza, zmusił Bruce’a Willis’a do zabawy w górnika na zagrażającej Ziemi komecie, czy innym asteroidzie. Znany z wybuchów, wybuchów, no i swojego zamiłowania do wybuchów. W Internetach znajdziemy wiele filmików, które pokazują, czym jest Michael Bay’s Style!
Ale co najważniejsze dla tej notki – pan Bay dał nam porządną ekranizację Transformerów. I za to należy mu się miejsce w historii kina, ponieważ pierwsze dwie (no dobra – trzecia tak w połowie) ekranizacje przygód wielkich robotów. Dostaliśmy tam wszystko – humor, świetną akcję, wszystkie – przynajmniej moje – ukochane roboty, genialne efekty no i walki. O wybuchach nie wspominam, bo to oczywiste.

Transformers-4-Poster-Preview_1403802743

Kiedy pojawiły się przecieki o nowej części Transformerów, byłem nieco sceptycznie nastawiony – patrząc na część trzecią – ale kiedy zobaczyłem pierwsze przecieki o tym, że pojawią się Dinoboty to od razu wszystkie moje obawy poszły w kąt. DINOBOTY! Damn! Będzie się działo! A potem zobaczyłem Optimusa na Grimlocku – to powinno być dla mnie pierwsze ostrzeżenie, bo Optimus miał miecz, ale inny niż ostrze którym posługiwał się wcześniej. A potem poszedłem do kina…

No i khem, tego – nie idźcie. Poważnie. Jak stwierdził kolega Pajonk „No niestety… Nie sądzilem że kiedyś to powiem ale jest za dużo akcji… Wszystkiego jest za dużo… No a najgorsze jest to że pomiędzy scenami akcji jest albo dramatycznie płytko albo dramatycznie głupio albo dramatycznie nudno…” Zgadzam się z nim. Generalnie zacznijmy od tego, że film jest po prostu za długi. 2,5 godziny praktycznie ciągłego nawalania, zmiksowane z amerykańską flagą i nędznymi tekstami. Tak jak na początku siedzi się ze szczęką w podłodze (no bo nowe Autoboty, Lockdown – który nie jest specjalnie znaną postacią, ale wygląda OSOM) to w miarę upływu czasu szybko osacza nas znużenie. No bo ile można? Nie ratuje tego nawet humor (który jest akurat ok, choć nie najwyższych lotów), czy właśnie efekty, które po pewnym czasie dają nam po ryju swoim nadmiarem.
Aha – w poprzednich częściach historia też może nie trzymała się jakoś super kupy, ale w tej części nawalono taką ilość różnych historii, że dziura goni dziurę, brak logiki wykręca nam ręce, a głupota funduje nelsona godnego olimpijskiego mistrza.

age-of-extinction-transformers-4-bumblebee-wallpaper-hd

No bo tak – weźmy na tapetę samego Optimusa:
– jest jednym z legendarnych Prime’ów (to czemu do cholery wygląda inaczej niż reszta?) – część druga
– jest Królem Arturem Autobotów, który miał swój zakon rycerzy? – część czwarta
– boję się pomyśleć co dalej wymyślą scenarzyści….
– w jednej z pierwszych scen Prime mówi, że tylko Autoboty mogą go naprawić, po czym w czasie ucieczki skanuje ciężarówkę, w którą się zamienia, a potem transformując się w robota jest już czyściutki, zdolny do walki i w ogóle cacy.
– No i pamiętacie jak Jetfire oddaje Prime’owi części, żeby mógł latać w drugiej części? Teraz spoko – Prime ma odrzutowe buty, które pozwalają mu lecieć w kosmos. No ja jebie – prawie jak Neo w pierwszym Matrixie tylko na większą skalę…
– Na koniec jeszcze jedna rzecz. Dlaczego Pozostałe przy życiu Autoboty i Lockdown (którego gęba transformuje się w karabin snajperski – WTF!?) mają ludzkie twarze, a Bee i Prime nie?

Transformers-4-Age-of-Extinction-Hound-in-Robot-Mode

I można tak nadal. Aha – żeby nie było. Wątek Dinobotów przemilczę. Koniec, kropka, nic więcej nie powiem.

Ale kilka rzeczy mi się podobało.
– Genialna miejscówka w Chinach. Blokowisko robi wrażenie chyba nawet większe niż brazylijska Fawela. Przynajmniej z zewnątrz.
– Podobały mi się fury w które się transformowali.
– Podobał mi się Crosshairs i jego płaszcz.
– Galvatron wygląda genialnie – prawie tak samo jak w kreskówce – przynajmniej z twarzy. Tylko dlaczego do jasnej cholery zamienia się w ciężarówkę jak Prime?

Podsumowując – można obejrzeć, jak wyjdzie na DVD, w domu z browarkiem i leżąc a nie siedząc. Nic więcej.

P.S. Aha – ostatnia scena sugeruje, że w kolejnej części może nie być ludzkich aktorów. Zwłaszcza, że przetrwał Galvatron, a to oznacza, że może się pojawić Unicron. A taka mieszanka to raczej skala kosmiczna, niż rozbijanie się po ziemi.

P.P.S. Jak wiadomo, fetyszem Pana Bay’a są wybuchy. Teraz jest jeszcze jeden – robiące fikołki olbrzymie roboty. Tak jak w poprzednich częściach było to jeszcze do zniesienia, tak w Transformers 4: Age of Extinction jest tego po prostu tak idiotycznie dużo, że mało kto jest to w stanie zdzierżyć.

Czy Nathan Drake jest rasowym Tomb Riderem?

Dawno już chciałem napisać ten tekst. Jakoś się nie złożyło na żaden Karnawał Blogowy, więc notka powstaje teraz na spokojnie w czasie podróży.
W chwili obecnej w wirtualnym świecie dwójka bohaterów zmaga się ze sobą o to, kto zastąpi Indianę Jonesa jako najlepszy, jedyny i niepowtarzalny  Zdobywca Skarbów Wszelakich i Ten Który Plądruje Grobowce Wszelakie. Mamy tutaj także starcie z rodzaju dżender – wszak rywalizują kobieta i mężczyzna.
Wszyscy muszą mi wybaczyć, jeżeli pominąłem Waszego bohatera, który mógłby nagle rozbić ten tandem, ale po prostu nie widzę na wirtualnym polu nikogo innego. A zarówno Lara Croft – znana wszystkim doskonale Pani archeolog, o której piersiach napisano już chyba wszystko (łącznie z ekranizacją, choć piosenki chyba nie było) i Nathan Drake – potomek Sir Francisa Drake’a [jak twierdzi], szelmowski i uwodzicielski poszukiwacz skarbów, któremu zawsze coś, albo ktoś staje na drodze.

008

Lara w 2013 roku doczekała się rebootu serii, czym zaskarbiła sobie sympatię wśród wielu moich znajomych. I właśnie – wiele osób zachwycało się nowym tytułem. Sam nie zwracałem uwagi na ten tytuł uwagi przez długi okres czasu – w końcu kiedy do niego usiadłem przeszedłem praktycznie jednym duszkiem. Kiedy jednak skończyłem, ogarnęło mnie pewne strasznie męczące uczucie. Już? Dlaczego tak mało samego Tomb [no bo please – rozwiązywanie zagadek w kryptach, które w sumie są swego rodzaju bonusem to trochę za mało]. Survival pełną gębą z bandą psycholi w tle i odrobiną metafizyki, czy wierzeń i mitów. A sama Lara? Jej transformacja z przerażonego dziecięcia w twardą zabójczynię [inaczej nie da się tego określić] była dla wielu – a tak przynajmniej wynika z dyskusji w internetach – ważnym i bardzo ciekawym wątkiem. Osobiście prawie tego nie zauważyłem – czynnikiem, który uświadamiał mi zmianę w pannie Croft była  zmniejszająca się ilość chlipania i powtarzania, że to „niemożliwe”. Przepraszam wszystkich – takie są moje odczucia. Sama gra owszem – jest świetna, ale za wcześnie jest jeszcze stawiać Larę ponad Nathanem. Może po kolejnej odsłonie to się zmieni – ale oglądając trailer z E3 bardo w to wątpię. Wydaje się, że twórcy i osoby odpowiedzialne za nową odsłonę wolą stawiać na realizm, mrok i tym podobne. A trochę – przynajmniej mi – szkoda tego, że seria idzie właśnie w tą stronę.

Dlaczego?

3645059-original

Bo walka toczy się o schedę po Henrym Jonesie Juniorze! Tutaj trzeba być zabawnym, mieć wiedzę, mnóstwo szczęścia i pełen magazynek. A to wszystko ma Nathan Drake, do tego ma jeszcze – jeśli wierzyć Adze – zawadiacki uśmiech. Sypie żartami z rękawa, odnajduje skarby, które nie są specjalnie popularne i niezbyt często przewijają się w mainstreamie. Tutaj mamy do czynienia z rozrywką w najczystszej postaci. Genialne dialogi, świetne cut scenki i sama rozrywka, która po prostu wciąga, ze względu na prostą, ale bardzo sprawnie napisaną historię. „Crap” w wykonaniu Drake’a jest jednym z moich ulubionych przekleństw znanego mi bohatera, natomiast scena z drugiej części Uncharted, gdy bohater wspina się po zwisającym z przepaści wagonie jest po prostu genialna. Zawsze powtarzałem, że wszystkie gry Naughty Dog napisane są w taki sposób, że wystarczy podstawić aktorów, domontować kilka scen walki i można to śmiało puszczać w kinie. Nawet dialogów nie trzeba zmieniać jakoś specjalnie. W tym przypadku mamy właśnie tą lekkość, której zrebootowanej Larze nieco brakuje. Tak się zastanawiałem, czy nie powinni zrobić jej odrobinę cyniczną, może ze szczyptą czarnego humoru. To na pewno urozmaiciło by tą postać i dodało luzu, którym gry z serii Uncharted wręcz – w moim przekonaniu – ociekają.

Nie wiem – możliwe, że się mylę i tylko przeszłość Tomb Ridera kazała mi zestawić  tą dwójkę razem – ze względu na zainteresowania i hmmm zawód jakim parają się protagoniści w tych tytułach. Te gry oczywiście się od siebie różnią, zamysł jest nieco inny, tak samo jak klimat. A szkoda, bo chciałbym zestawić je ze sobą w tym samym wymiarze i w końcu wyłonić Ostatecznego Zwycięzcę.

W chwili obecnej jest nim zdecydowanie Nathan Drake – ale to tylko dlatego, że ciężki klimat nowego Tomb Ridera nie do końca mi leży. Tak samo jak sama historia, której w moim przekonaniu czegoś brakowało.

Ale poczekajmy – trailery kolejnych części zaprezentowane na E3 w tym roku, pozwalają snuć domysły, że może jednak te gry się do siebie klimatem zbliżą. Czas pokaże.

Koncertowo, czyli jestem za stary na płytę.

Poszedłem wczoraj z Agą na Linkin Park (selfie na końcu notki), bo we Wrocławiu, bo blisko, bo Linkin Park (a to mój trzeci ich koncert i po poprzednich wiedziałem, że będzie dobra zabawa) i nie widziałem supportu – Fall out Boy, a była okazja. Jednak nie spodziewałem się tak zawalonej organizacji i tego co będzie się działo na początku koncertu. Niestety – te kilka minusów popsuło mi nieco obraz całości imprezy, jakkolwiek – spoglądając na wcześniejsze jakże spektakularne wpadki związane z imprezami na stadionie – ocena końcowa jest jak najbardziej pozytywna.

Ale zacznijmy od początku. Miasto podstawiło dodatkową komunikację na stadion – plus. Szkoda, że tramwaje jeździły co jakieś 20 minut, jeden po drugim w parach. Dodatkowo zaraz przed/po tramwajach regularnych linii jadących w to samo miejsce. 30 tysięcy ludzi, namawianie do korzystania z MPK i co? Masakra na przystankach, masakra w tramwajach. Bo po co ustawić tramwaje na zmianę ? Co 10 minut? No po co prawda?

Po dotarciu na miejsce pierwsze co rzuciło się w oczy to kosmiczna kolejka do wejścia. Jak to? Przecież mieli wpuszczać od 18.00, a jest 19.00 – pierwsza fala powinna być już w środku i nie powinno być tak źle. Lekko zdenerwowany zerkam na bramki ludzi, którzy wchodzili na trybuny – pusto, sprawnie, ludzie wchodzą. Więc o co cho? No nic – ustawiamy się w kolejce. I nic się nie dzieje przez dobre 20 minut. WTF?! Okazuje się, że nikt nie jest wpuszczany na płytę. Irytacja rośnie. W końcu kolejka rusza. Przesuwamy się o jakąś 1/3 odległości do bramek. I znowu postój? I tak jeszcze ze 2 razy. Koniec końców wejście do środka zajęło nam godzinę.

20140605_190523

Kiedy udało się przejść przez pierwsze bramki (a kontrola osobista była baaaaardzo pobieżna) w końcu stwierdziliśmy, że jesteśmy w domu. Otóż nie – trzeba się jeszcze było dopchać do drugiego namiotu, gdzie dawano Ci opaskę na rękę. A nie można tego było jakoś ustawić zaraz za bramkami? Od razu wszystko po kolei? Pamiętam, że na OWFie dwa lata temu nie było takich problemów – kolejeczka przesuwała się sprawnie do przodu i nie stało się ponad godzinę do wejścia. No ale w końcu dopchaliśmy się do opasek – tym razem po prostu na bezczela wpychając się gdzie i jak się dało i ruszyliśmy na płytę.

Organizacja imprezy i zawalenie tego co działo się przy samym wejściu (nie wspomnę o parkingu za 40 zł i ponoć źle opisanych trasach, przez co tworzyły się korki, ludzie rezygnowali z parkowania przy Stadionie Miejskim i ogólnym chaosie) nie nastawiało mnie najlepiej do tego, co działo się później. Ale to już osobna kategoria – ludzie.

Pierwsze wrażenie – spory przekrój wiekowy. Od 13-14 latków, po ludzi po 40stce. W sumie LP na scenie jest już kawał czasu. Ma to sens. Zaczyna grać support – mam spoko miejsce, całkiem nieźle widzę (w przeciwieństwie do Agi, która ma z tym problem). Chłopaki z Fall out Boy trochę siadają wokalnie i energetycznie w pewnym momencie, ale generalnie nie jest źle. A dookoła mnie ludzie, którzy chyba pierwszy raz przyszli na koncert. Stałem niewzruszony kiedy dookoła mnie jakieś parki i panowie, którzy chyba pomylili koncerty tańczyli w taki sposób, że zapytałem nawet czy nie zrobić im miejsca do kółeczka, jak na disco, ale nie złapali żartu. Sam lubię poskakać i pogibać się na koncercie. Ale kaman – to co działo się wczoraj to już przeginka. Miałem wrażenie, że wszyscy dookoła mnie są pierwszy raz na koncercie! I – w rozmowach po imprezie nie byłem osamotniony w tym przekonaniu. Po za tym – kręcenie się i przebijanie do przodu. Mieliśmy jakiegoś strasznego pecha, bo staliśmy w ciągu komunikacyjnym, więc cały czas ktoś łaził w jedną i drugą. Najlepsze było to, że tuż przed nami było już tak ciasno, że nie dało się iść dalej. Więc spoko – w tył zwrot i jazda – no ale to po kiego leziesz do przodu baranie? Co zmieni, że przesuniesz się o 2 osoby – tak samo nic nie zobaczysz, jak masz metr pięćdziesiąt. Mistrzem był koleś, który stał koło nas i średnio co 3 minuty przełaził mi na widoku zajęty telefonem kursując od miejsca w którym stał do boku płyty. Może mama sprawdzała czy żyje…

No i na koniec – rozumiem, że w czasie koncertu śpiewa się z kapelą kawałki – ale psychofanki, które stały za mną darły ryja – po prostu. Momentami potrafiły zagłuszyć to co atakowało mnie ze sceny, a przy takim nagłośnieniu – to wyczyn. Autentycznie nie słyszałem tego co śpiewa Chester. No i zabawne jest to, że ja – stary koń – potrafię wyrecytować cały kawałek, łącznie z częściami rapowanymi, a wiele osób drze się tylko na pojedynczych wersach danego utworu – zawsze mnie to bawiło.

Wróce jeszcze na chwilę do kolejki przed wejściem. Kiedy docieraliśmy mozolnie do bramki nagle zaczęliśmy chodzić po butelkach z wodą/colą/pojemnikach z dezodorantem (WTF?!) – przepisy, że nic nie można wnosić na teren imprezy, to nie świeżyna, więc nie rozumiem ludzi, którzy nadal próbują, albo są zdziwieni, że muszą to zostawić. ALE NIE ROZUMIEM jak można było NIE ustawić koszy na śmieci przed wejściem. Jak na lotnisku. Masakra.

No – to sobie ponarzekałem. Sam koncert – bardzo w porzo. Linkin Park uważam za jedną z lepszych kapel do oglądania na żywo. Bardzo profesjonalna produkcja, świetne wizuale, energia na scenie. Widać było, że kapela jest pod wrażeniem polskich fanów i ich śpiewania w czasie numerów (ale to chyba jakaś nasza polska przypadłość?).

No i moc aplikacji typu „latarka” na trybunach w czasie „Leave out all the rest”.

A tak wyglądały trybuny:

20140605_221608

20140605_221631

Dlaczego jestem za stary na płytę? Bo nie chce się irytować. Chyba wolę po prostu mieć spoko miejsce na trybunie, żeby i poskakać i pokrzyczeć, ale bez ścisku, wkurzania się, odczuwania potu całego Wrocławia (cytat z kolegi Andrzeja) i irytacji. A najlepiej to strefa VIP, bo tam widziałem imprezka była na całego. Ale to muszę potroić zarobki.

I już zupełnie na sam koniec mój prywatny apel – Linkin Park, dlaczego „Crawling” poleciał tylko refren!? Miałem beczeć jak dziecko, trzymając się za ręce!

P.S. Wspomniane na początku selfie. :)

20140605_195602