superbohaterowie

Zawsze bądź sobą, ale jeśli możesz być …

c0emdgbwiaeflui

Z racji tego, że już w piątek premiera nowego Brickmovie, tym razem z Gackiem w roli głównej, postanowiłem przygotować mój subiektywny przewodnik po DC Lego Movies. Nie ma ich aż tak strasznie dużo, w porównaniu do całości animacji DC od WB Animation, więc ta lista nie będzie jakoś specjalnie długa :)

W sumie mamy 5 pełnometrażowych filmów związanych z uniwersum DC (nie licząc seriali, TV Specials i tym podobnych). Oczywiście jeśli brać pod uwagę wszyskie filmy LEGO jest ich znacznie więcej, ale szczerze mówiąc to poza superbohaterskimi wersjami i Lego Movie nie widziałem żadnych innych (nawet tych związanych z Gwiezdnymi Wojnami – przyznaję się bez bicia).

Jeszcze jeden, krótki disclaimer – nigdy chyba nie robiłem nigdzie takich list (mogę się mylić – pamięć nie ta), więc będzie to mój pierwszy raz, dlatego wybaczcie jakieś błędy.

Disclaimer 2 – SPOILERS, obviously!

Po tym ciut przydługim wstępie, lista (lecimy od najsłabszego do najlepszego):

Lego Batman: The Movie – DC Super Heroes Unite

lego_batman_the_movie_cover

Pierwszy film jaki się ukazał, jest … dziwny, ale od czegoś trzeba przecież zacząć. Oparty jest na grze video Lego Batman 2: DC Super Heroes. To taka fajniejsza wersja walkthrough z Yotube. Do tego za pieniądze. Więc sami rozumiecie. Postanowiono wykorzystać cutsceny z gry, ale zamiast gameplay’u mamy nagrane jeszcze raz sekwencje pokazujące co dzieje się w czasie przechodzenia gry. Fabuła oczywiście jest dość naiwna i prosta jak konstrukcja cepa, a całość ratują sytuacyjne gagi pomiędzy Batmanem i Supermanem. Generalnie – można sobie odpuścić.

Lego DC Comics Super Heroes: Justice League: Cosmic Clash

p12573273_p_v8_aa

Chyba najbardziej epicka cześć. Brainac jako główny przeciwnik, podróże w czasie. Jest kilka fajnych scen, głównie z udziałem Gacka (przebranie w epoce kamienia łupanego, rozmowa z Brainac’iem w finale), jednak całość niesamowicie mnie znudziła i nie ratuje tego nawet pojawienie się superbohaterów z futurystycznego Legion of Super-Heroes. Film nawiązuje do poprzednich części, widać że twórcy chcieli kontynuować niektóre wątki, jednak nie wyszło to filmowi na dobre. Całość jest po prostu ekstremalnie nudna. A to dziwne, bo niczego filmowi nie brakuje i w gruncie rzeczy nie odstaje on tak bardzo od pozostałych produkcji.

Lego DC Comics Super Heroes: Justice League vs. Bizarro League

lego_dc_comics_super_heroes_justice_league_vs-_bizarro_league_cover

Drugie miejsce razem z filmem opisanym poniżej. Ze względu na to, że jedną z głównych postaci jest Bizarro pokazany w sposób wręcz prześmiewczy, ale z zachowaniem swoistej granicy dobrego smaku. Kiedy z czasem pojawiają się inne postacie stworzone na podobieństwo Bizarro zaczyna się robić jeszcze zabawniej. Jednocześnie jest to opowieść o akceptacji odmienności i nie ocenianiu kogoś powierzchownie. Dodatkowo – mamy tu całą plejadę postaci z uniwersum DC i epicką bitwę na samym końcu. Czego chcieć więcej?

Lego DC Comics Super Heroes: Justice League: Attack of the Legion of Doom

p11878121_p_v8_aw

Mam wielki problem z tym filmem, bo chciałem umieścić go na pierwszym miejscu. Całość jest dość ciekawa (genialna scena rekrutacji do Legionu, pokazująca z jednej strony cały fun klocków LEGO, a z drugiej jak wielkim kozakiem jest Deathstroke), jednak brakuje mi tego czegoś, które pozwoliłoby mi dać tej historii pierwsze miejsce. Fabuła obraca się wokół Legionu i próbach unicestwienia Ligi Sprawiedliwości przy pomocy uwolnionego przez Luthora J’onn’a J’onnz’a. Jednym z głównych bohaterów jest także Cyborg, który próbuje się wykazać zaraz po przyjęciu go do Ligi. Film ma sporo ciekawych gagów i onelinerów (Cyborg zabierający Batmanowi jego kwestię „I’m Batman”, scena z windą i generałem Samem Lane’em, rywalizacja Flasha i Green Lanterna). Plus Mark Hamill jako Trickster!

Lego DC Comics Super Heroes: Justice League: Gotham City Breakout

lego_dc_comics_super_heroes_justice_league_gotham_city_breakout

Batman na wakacjach. To zdanie, plus sposób w jaki pokazany jest Gacek w filmach LEGO (Mroczny Rycerz – to miano zostało potraktowane dosłownie w każdym z filmów) jest idealną receptą na świetny i zabawny film. W jaki sposób Superman i reszta Ligi Sprawiedliwości poradzi sobie ze złoczyńcami z Gotham, kiedy Batman będzie na wakacjach? Czy można zaskoczyć najlepszego detektywa na świecie szykując dla niego urodzinowe przyjęcie – niespodziankę? Plus świetny jak zawsze Deathstroke, sztuki walki i żyjąca pod ziemią rasa. Oczywiście całość nie jest utrzymana w tak żartobliwym tonie, w jakim będzie zapewne Batman The Movie, ale jest to dobra wprawka przed nadchodząca premierą.

Justice League Dark

51436

Najnowsza odsłona animowanego świata DC traktuje o magii, demonach i zjawiskach nadprzyrodzonych. Na ekranie pojawiają się bardziej egzotyczne postaci, niekoniecznie znane przez przeciętnego zjadacza komiksów DC. Panie i Panowie – oto Justice League Dark, czyli wesoła menażeria której przewodzi nie kto inny jak największy pechowiec serialowych ekranizacji – John Constantine.

Ale od początku – mroczna liga sprawiedliwości, to zespół składający się oryginalnie z Johna Constantine’a, Zatanny, Deadmana, Madame Xanadu i Shade’a the changing man’a. Ta wesoła ekipa zajmuje się sprawami związanymi z magią, zjawiskami mistycznymi i okultystycznymi, które nastręczają problemów oryginalnej Lidze.

I tak mniej więcej zawiązuje się film o którym tutaj mowa – seria zjawisk nadprzyrodzonych z którymi stykają się członkowie Ligii prowadzi do nawiązania kontaktu z Constantinem przez…Batmana, który oczywiście stoi na stanowisku, że magia i okultyzm to bzdury. Jest to też związane z genialnym one linerem wypowiadanym przez Gacka kilkukrotnie w czasie całego seansu. Jego genialna prostota po raz kolejny pokazuje poważnego i sarkastycznego Mrocznego Rycerza w sposób lekki i zabawny.

Cały film jest jednak utrzymany w mrocznym klimacie z domieszką komiksowego okultyzmu. Mamy więc demony, magię, pentagramy, duchy i dużo krwi. Ta animacja otrzymała oznaczenie R, co oznacza że jak na kreskówkę niektóre sceny mogą być dość drastyczne (jak chociażby cały początek filmu) co jednak tylko podkreśla klimat w jakim przyjdzie nam zanurzyć się na 75 minut trwania JLD.

Nie sposób tutaj nie wspomnieć o odwiecznym rywalu DC, czyli Marvelu i jego ostatnim kinowym hicie: Doktorze Strange. O dziwo tematyka jest niezwykle zbieżna, jednak tak jak bardzo lubię marvelowskiego Sorcerer Supreme tak Constantine i ten mroczniejszy sposób pokazywania magii z mocniejszym naciskiem na okultyzm, a nie mistycyzm bardziej do mnie przemawia. Marvel koncentruje wokół wschodniego mistycyzmu, umiejętnie wplatając kolejne elementy do MCU, jest jednak – pomimo rozmachu – zbyt czysty, zbyt sterylny. Nie wiem, może jestem staroświecki ale magia w postaci nawet różowych pentagramów i macek jest bardziej atrakcyjna niż mnisi z Shaolin i tarcze z pomarańczowych pentagramów. No i Constantine jest palaczem co sprawia że praktycznie z automatu się z tym gościem utożsamiam.

Kreska, animacja i postacie stylem zbliżone są do Batman: Assault on Arkham co dla mnie jest dużym plusem, bo bardzo odpowiada mi klimat, kreska i kolorystyka. Magia przedstawiona jest z jednej strony bardzo widowiskowo (lewitujące w powietrzu znaki okultystyczne mieniące się naprawdę wieloma kolorami) a z drugiej naprawdę prosto i sympatycznie. Nie spowalnia akcji a jest dla niej świetnym dodatkiem.

W produkcji będziemy mieli okazję zobaczyć śmietankę okultystycznego światka DC, czyli Johna Constantine’a (któremu głosu użyczył Matt Ryan), Zatannę (której głosu użyczyła znana chociażby z nowej wersji Tomb Raider’a Camilla Luddington), Jasona Blooda/Etrigana (głos Ray Chase, znany chociażby jako Noctis z FF XV), czy Deadmana, który przewijał się już w poprzednich animacjach (Nicholas Turturro). Patrząc na innych aktorów podkładających głosy w tej animacji nie można pominąć takich nazwisk jak: Jason O’Mara (Batman), Rosario Dawson (Wonder Woman), czy Alfred Molina (Destiny) i Jerry O’Connell (Superman).

Całość nie jest super wybitna (zarówno jeśli chodzi o intrygę jak i ogólny feel), ale zaciera złe wspomnienia po tragicznym Killing Joke i przywraca wiarę w animacje DC i to, że ich poziom zostanie utrzymany w przyszłości, a szefostwo wyciągnęło wnioski z poprzedniej produkcji, którą – przynajmniej ja – chciałbym wymazać z pamięci.

Nastraja też optymistycznie przez nadchodzącymi w tym roku Teen Titans: Judas Contract i Batman and Harley Quinn. Jeżeli więc macie możliwość obejrzenia JLD to zróbcie to. To animacja naprawdę trzymająca poziom i dająca nieco inne spojrzenie na uniwersum DC, zwłaszcza po świetnym (choć innym) Doktorze Strange.

Finały Arrow i S.H.I.E.L.D, czyli dlaczego zbieram szczękę z podłogi.

79c37530-692e-4326-b069-a6ca4e96d94b_zpsbb69d941

W zeszłym tygodniu obejrzałem finały Arrow i Agents of S.H.I.E.L.D.

I szczerze mówiąc – w obu przypadkach zbierałem szczękę z podłogi. Powodów takiego, a nie innego zachowania jest kilka, jednak różnią się one w zależności od tego o którym uniwersum komiksowym mówimy. Ogólnie – jaram się tym, że w końcu mamy superbohaterskie seriale pełną gębą. Jaram się tym, w jaki sposób są prowadzone, zagrane i w końcu jaram się tym, że możemy zaobserwować dwa różne pomysły na prowadzenie samej formuły, rozbudowy universum telewizyjno-kinowego. Bo jak wiadomo seriale bazują na komiksach, jednak wprowadzają istotne zmiany.

Słowo wyjaśnienia – nie mam zamiaru udowadniać w poniższej notce wyższości jednego serialu nad drugim. Raczej chce pokazać, że oba zasługują na uwagę, dzieląc się jednocześnie kilkoma przemyśleniami :)

ArrowPromo1

Arrow – Serial o mścicielu w zielonym kapturze zbiera tak pochlebne recenzje, że nie będę się tutaj już rozpływał nad całością (choć są składowe elementy, które mnie osobiście strasznie irytują, np drewniana gra aktorska Stephena Amell’a i Katie Cassidy). Spoglądając jednak wstecz widać, że producenci i scenarzyści nie śpieszą się. Chęć rozbudowania świata o kolejne seriale poprzedzona jest trzema świetnymi sezonami, które odpowiednio kreują świat pełen żywych bohaterów i przeciwników do wykorzystania. Dodatkowo interesująca historia, która jeszcze – wbrew pozorom się nie zakończyła. No i sam dobór bohaterów – ludzie z CW trafili w samo sedno wybierając bardziej street level heroes, którzy nie mają żadnych mocy wymagających olbrzymich nakładów na efekty specjalne. A jednak mamy tutaj sam sos – maski, stroje, Ligę Cieni i nadprzyrodzone moce wynikające z eksperymentalego leku. Czego chcieć więcej jeśli chodzi o serial? W sumie – brakuje inwazji obcych (ale tą mieliśmy w Avengers).

Teraz, kiedy renoma serialu już okrzepła, scenarzyści wykazali iż potrafią nas jeszcze zaskoczyć (patrz finał 3-go sezonu) czas na kolejny element układanki, czyli drugi serial. W przeciwieństwie do S.H.I.E.L.D tutaj widać pójście w drugą stronę – w pierwszej kolejności budujemy świat przedstawiony na małym ekranie, a dopiero potem będziemy go uzupełniać kinowymi hitami. Wydaje mi się, że jest to słuszna i bezpieczniejsza ścieżka, choć z drugiej strony – patrząc na „szczęście” jakie DC ma do ekranizacji wyczynów swoich bohaterów można mieć wątpliwości (może poza Gackiem). Ale zboczyłem z tematu – chciałem nawiązać do ostatniego 5 minutowego trailera Flasha. Szczękę z podłogi zbierałem długo po seansie. I jeśli oba seriale utrzymają wysoki poziom to dostaniemy niesamowitą mieszankę, która będzie wyznaczać standardy na przyszłość. Bo Arrow mam nadzieję, że pozostanie na poziomie ulicy, podczas gdy Flash bedzie – jeśli wierzyć trailerom – napakowanym efektami i akcją majstersztykiem.

agents_of_s.h.i.e.l.d._hd_backgrounds_1080p

Agents of S.H.I.E.L.D – dziwne są losy tego serialu. Na początku wieszano na nim straszne psy. Może związane to było z mocno napompowanym balonem oczekiwań. Wszak filmy z Marvelowskiego uniwersum spowodowały, że wiele osób jarało się okrutnie na samą myśl o tym co zobaczymy na małym ekranie. No i do tego dochodził Agent Coulson, który zdążył już zaskarbić sobie sympatię wielu telewidzów po swoim brawurowym występie w Avengers.

Jednak druga połowa serialu to totalny rollecoaster – pomimo świetnych smaczków już wcześniej (jak chociażby odcinek związany z drugim Thorem) dopiero Zimowy Żołnierz dał prawdziwego kopa Agentom. W przeciwieństwie do seriali ze świata DC tutaj najpierw mieliśmy całą serię filmów kinowych, które dopiero po pewnym czasie zostały uzupełnione o serial. I teraz – kiedy spoglądam na to z perspektywy czasu wszystko układa mi się pięknie w jedną całość. Jest to dla mnie osobiście świetny zabieg marketingowy, a także genialny zabieg budowania community wokół telewizyjnego świata Marvela (bo że są różnice – to wiadomo). Gdy skończyłem oglądać finał, od razu w głowie miałem pomysł zorganizowania maratonu. Od Avengers do finału pierwszego sezonu Agentów – serial i filmy. To prawie jak oglądanie wszystkich trzech części Władcy Pierścieni w wersji reżysersko rozszerzonej. Może kiedyś.

Wracając jednak do samego serialu – szczerze? – nie mogę się doczekać dalszego ciągu. Zwłaszcza, że jestem chorobliwie wręcz ciekawy, jak zostaną pociągnięte kolejne wątki i w jaki sposób filmy kinowe będą oddziaływać na sam serial. Scenarzyści zostawili sobie tutaj mnóstwo furtek do wykorzystania w kolejnych sezonach – czy będą one w jakiś sposób wykorzystane w filmach? Bardzo chciałbym się tego już dowiedzieć. W końcu #itsallconnected.

Należy wspomnieć jeszcze o jednej rzeczy – mamy tutaj zupełnie inną specyfikę przygód w porównaniu do Arrow – więcej obcych, więcej supermocy z fajerwerkami (choć i tak nie za dużo), więcej efektów specjalnych. Jedyną moją obawą jest to, czy serial utrzyma odpowiednio wysoki poziom wizualny. Plany są ambitne, jednak czy scenarzyści, spece od marketingu i ludzie, którzy wypisują czeki będą w stanie utrzymać to przedsięwzięcie i uczynić je opłacalnym w dłuższej perspektywie. Po jednym sezonie trochę ciężko odpowiedzieć na to pytanie. Arrow poszedł bezpieczną ścieżką, bo spoglądając na to co będziemy widzieć na ekranie naszych telewizorów we Flashu – nakłady będą tylko rosnąć, podczas gdy w Agentach są już mocno wywindowane. A warto wspomnieć, że czeka nas jeszcze Agent Carter. Serial, który dla mnie osobiście jest wielką niewiadomą, ze względu na to iż nie śledzę żadnych informacji na jego temat – chcę aby mnie zaskoczono!

Podsumowując – oba seriale i oba kreowane uniwersa mają swoje zalety i wady. Jeżeli zraziliście się do któregoś z powyższych seriali – dajcie im drugą szansę. Naprawdę warto. Zwłaszcza, jeżeli spojrzeć na te seriale, jako element większej całości, która już istnieje (Agenci), lub tworzy się poprzez naprawdę świetną realizację (Arrow).

Rotted Capes

pic1643894_mdKiedy na Kickstarterze ruszała zbiórka pieniędzy na ten projekt, od razu mocno się nim zaciekawiłem. Potem – przez nawał pracy – jego śledzenie zeszło na dalszy plan. Kiedy jednak pojawiła się możliwość zrecenzowania Rotted Capes, nie wahałem się ani chwili. Dlaczego? Wystarczy zerknąć na okładkę – supermoce i zombie! Mieszanka, która odpowiednio podana na pewno nie pozostawi nikogo obojętnym – zwłaszcza patrząc na to, jak popularne są obecnie obie te konwencje. Dokładamy do tego różne schematy rozgrywki, dość prostą i szybką mechanikę – i mamy gotowy hit? Dla mnie tak.

Podręcznik wykonany jest bardzo ładnie – twarda oprawa, wszystko w pełnym kolorze. Ilustracje to miks postaci i kadrów w stylu komiksowym. Nie wszystkie ilustracje przypadły mi do gustu, jednak po serii DC Universe poprzeczka zawieszona jest bardzo wysoko. Rotted Capes nie odbiega od standardów – jeśli chodzi o podręcznik i jego jakość jest bardzo dobrze.

W wielkim skrócie – we współczesnym świecie superbohaterowie są zjawiskiem powszechnym. Tak samo jak superłotrzy. Wszystko wydaje się biec zwyczajowym torem: złoczyńcy starają się zdobyć władzę nad światem, a herosi powstrzymują ich w spektakularnych walkach. Praktycznie każde większe miasto posiada swoją drużynę superbohaterów, lub przynajmniej jednego, który jest protektorem danego regionu. Niby nic wielkiego, ktoś powie. Przecież to wszystko już było… ale wtedy właśnie następuje dzień Z. Nie do końca wiadomo co było jego przyczyną: wirus stworzony przez Złą Korporację, obcy, choroba – to leży w gestii prowadzącego. Najważniejsze jest to, że dzień Z nadszedł. Ludzie zaczęli zmieniać się w zombie i atakować sąsiadów. Oczywiście bohaterowie stanęli w obronie zwykłych obywateli – i prawie wszyscy polegli…. a potem powstali jako Super Zombie! Brzmi całkiem nieźle, prawda? Kiedy zacząłem czytać podręcznik, zadałem sobie pytanie: kim są BG? Autorzy szybko wyjaśniają tą kwestię: postacie tworzone przez graczy to tak zwani B-Listers: pomocnicy, pomniejsi bohaterowie, którzy teraz w obliczu braku zawodników z pierwszej ligi stają przed znacznie większymi (i bardziej głodnymi!) wyzwaniami niż do tej pory.

Przyznaję, że prawie każdy setting zaczynam od zgłębienia warstwy fabularnej, mechanikę zostawiając sobie na koniec. I muszę przyznać, że autorzy dali tutaj spore pole do popisu dla zainteresowanych rozgrywką wRotted Capes. Rozdział o prowadzeniu, o świecie i o tym jak prowadzić daje sporo fajnych wątków, dzięki którym rozgrywka nie znudzi się szybko, a żonglowanie klimatem czy konwencją staje się proste i bardzo naturalne.

Prosty przykład: BG zajmują się ochroną jednej z Enklaw, w których chronią się ludzie. Trzeba zdobyć pożywienie (oznacza to wyprawy na tereny Zombie i Super Zombie), trzeba zachować porządek, przydzielić zadania. W końcu – trzeba zdobyć broń, odzież, nawiązać kontakty z innymi Enklawami (czy są przyjazne, czy może rządzi tam Super Łotr, który zamienił obóz w swoje prywatne państwo?), trzeba odpierać ataki Zombie.

Jeżeli jednak wolimy więcej brudu, wystarczy stworzyć drużynę, która porusza się po mieście w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące wszystkich pytanie: dlaczego miał miejsce dzień Z? W jaki sposób rozprzestrzenia się wirus / choroba zamieniająca ludzi i superherosów w Zombie? A może drużyna to najemnicy, którzy sprzedają swoje usługi Enklawom? Odwalają brudną robotę? Albo mszczą się za straconych bliskich, przyjaciół, mentorów?

Setting daje sporo różnych możliwości, a to, co wymieniłem powyżej, to tylko niektóre z nich. Mnogość opcji sprawi, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie: od przygód zwykłych i dość słabych bohaterów, aż po epickie rozgrywki, które zaważą na losie świata ogarniętego przez plagę Zombie.

A skoro już przy Zombie jesteśmy – autorzy dali nam świetny przewodnik po informacjach, które zebrano od dnia Z. Opis psychologii przemienionych herosów, ich zachowań, podział terytorialny i strefy wpływów poszczególnych z nich. A także sporo porad, jak unikać kontaktu i jak uciekać przez nieumarłymi bohaterami. Tak, tak – uciekać. Należy pamiętać, że postacie graczy to druga liga. Większość najpotężniejszych bohaterów albo zginęła, albo zniknęła i nikt nie wie co się z nimi stało, albo dołączyła do nieumarłych. Z założenia postacie graczy są od nich znacznie słabsze – nawet w grupie. Dlatego znajomość psychologii i zachowań byłych superbohaterów jest podstawową wiedzą w czasach po zombieapokalipsie.

W podręczniku znajdziemy także rozdziały o samej chorobie / wirusie zmieniającym w nieumarłego – stadia rozwoju choroby, wpływ mechaniczny na daną postać. Co ciekawe – nawet pomimo ugryzienia można nie zamienić się w Zombie. Na samym początku można wypalić ognisko choroby, tak aby nie rozprzestrzeniła się ona w organizmie. Dlatego też superbohaterowie świata Rotted Capes w dalszym ciągu noszą swoje stroje – to nie jest kwestia przynależności, czy szpanu. Pod spandeksem można ukryć wszystkie przypalenia, aby nie były one widoczne dla postronnych obserwatorów.

I na koniec mechanika. Ta bazuje na Arcanis RPG, które w 2012 roku zdobyło nagrodę Origins dla najlepszego systemu. Mechanika – pomimo, że bazuje na wielu różnych kostkach, a nie jak na przykład D&D, tylko na k20 – jest prosta i bardzo szybka. Choć muszę przyznać, że początkowo trzeba nieco liczyć, zwłaszcza przy tworzeniu postaci, ponieważ statystyk jest dość sporo. Jednak jeżeli uporacie się z wyliczeniami, potem wszystko będzie szło już gładko. Każdy z atrybutów (podstawowych jest 8, do tego dochodzą jeszcze takie statystyki jak Obrona, Prędkość, Żywotność) posiada wartość liczbową, do której przypisana jest odpowiednia kostka. Aby zdać test należy rzucić więcej niż Stopień Trudności określany przez prowadzącego, gdzie 15 to ST przeciętnego zadania. Wszystkie umiejętności, moce, przewagi, jak i archetypy modyfikują odpowiednio nasz rzut. Rzucamy 2k10 do tego dodajemy rzut kością przypisaną do danego Atrybutu plus wszystkie modyfikatory, o których pisałem powyżej. Dodatkowo BG dysponują Kośćmi Fabuły (Plot Dice), które można wykorzystywać w testach. Jednakże każde wykorzystanie zabiera nam jedną kość z puli jaką dysponujemy. To ile mamy kości determinuje najniższy Atrybut naszej postaci. Dlatego też wskazane jest wykorzystywać ten dodatkowy bonus tylko w najważniejszych momentach. Kiedy pierwszy raz czytałem zasady wydawało mi się, że koniec końców będziemy rzucać wiadrem kości w czasie sesji. Jednak szybkie testy pokazały, że przy dobrej rozpisce na karcie postaci rzuty i obliczanie wyników nie jest aż tak czasochłonne. Bardzo fajnie stworzony jest zegar inicjatywy, który zdecydowanie przyśpiesza grę, a rzut na inicjatywę wykonuje się tylko na samym początku potyczki. Potem już korzysta się tylko z zegara, w zależności od podjętej akcji zmieniając jego wskazówki (jest to nazewnictwo umowne – wykorzystuje się k12, aby łatwo kontrolować przedział od 1 do 12). Wszystko wydaje się brzmieć dość zagmatwanie, jednak reguły podane są bardzo przejrzyście z dużą ilością przykładów. Jednak samo tworzenie postaci, jak i zarysów świata i koncepcji może nieco potrwać i najlepiej jest przeznaczyć na to osobne spotkanie.

Podsumowując – Rotted Capes jest bardzo fajną i godną polecenia grą. Zwłaszcza miks konwencji superbohaterskiej z zombie wypada ciekawie i nie jest sztampowy, czy naciągany. Komiksowa otoczka, jaka autorzy wprowadzają w całym podręczniku sprawia, że książkę czyta się przyjemnie, a sama rozgrywka może dostarczyć bardzo wiele radości. Polecam z czystym sumieniem zarówno fanom gatunku, jak i ludziom, którzy szukają odskoczni od grania w „czystej” konwencji superbohaterskiej, lub zombieapokalipsy i chcą spróbować czegoś nowego.

Recenzja pojawiła się pierwotnie w serwisie Poltergeist.pl

DC Adventures: Universe

dcuKiedy pisałem recenzję DC ADVENTURES Hero’s Handbook, czułem niedosyt z powodu braku dobrze opisanego settingu. Miałem świadomość tego, iż opisanie olbrzymiego świata DC zwiększyłoby objętość podręcznika przynajmniej dwukrotnie. I miałem poniekąd rację. Wydawnictwo Green Ronin przemyślało sprawę i postanowiło rozbić cały setting na 4 podręczniki: podstawowy, dwa podręczniki wypełnione po brzegi postaciami niezależnymi i ostatni, który zawierać będzie opis uniwersum DC. Całość składa się na kompletny setting, przy którym wszyscy fani świata DC i RPG będą mogli spędzić długie godziny walcząc (bądź nie) ze złem i występkiem.

Po raz kolejny mógłbym całą recenzję zamknąć w jednym zdaniu: „Hej – oto książka w której jest praktycznie wszystko jeśli chodzi o świat przedstawiony!”. Jednak – jak w przypadku komiksowych multiświatów (ważne słowo!) – nie jest to do końca takie proste, ale po kolei.

Zacznijmy od samego podręcznika. 224 strony, w pełnym kolorze. Twarda oprawa i kredowy papier. Seria DC Adventures wydawana jest na najwyższym poziomie i ostatni podręcznik serii nie odbiega od reszty. Wnętrze tryska kolorami i atakuje dużą ilością grafik. Czyli można rzec: wszystko w normie.

A co jeśli chodzi o stronę merytoryczną?

Podręcznik podzielono na następujące rozdziały: Historia (History), Ziemia (Earth), Poza Ziemią (Beyond Earth), Inne Wymiary (Other Dimensions) i Ku Przyszłości (Into the Future). Jak widać – znajdziemy tutaj nie tylko kalendarium, ale także dobrze opisane lokacje, zarówno na naszej rodzimej planecie, jak i poza nią.

Rozdział pierwszy streszcza nam historię komiksowego świata, od samego początku aż do dnia dzisiejszego. Autorzy pokusili się, aby nie opisywać tylko tego, co działo się na samej Ziemi, ale także to, jaki wpływ na dzisiejszych herosów miały wydarzenia na innych planetach Układu Słonecznego i w innych zakątkach galaktyki. Znajdziemy tutaj informację o powstaniu Zielonych Latarni, a także innych Korpusów. O tym, dlaczego Marsjanie są gatunkiem wymierającym, czy też co działo się w czasach Atlantydy i co się z nią stało. Bardzo ciekawy jest rozdział o tym, jak wyglądali superbohaterowie w czasach Dzikiego Zachodu i w czasie obu Wojen Światowych.

Rozdział drugi to typowe lokacje, jakie można odnaleźć w komiksach: Metropolis, Gotham City, Bludheaven, Star City. Każde z nich jest dokładnie opisane, dostarczając dużej ilości materiału źródłowego dla prowadzącego. Znajdziemy tutaj także informacje o innych kontynentach niż Ameryka Północna i innych państwach niż USA. Co się tam dzieje? Jacy bohaterowie strzegą Chin lub Anglii? Po raz kolejny autorzy udowadniają, że posiadają olbrzymią wiedzę, a dodatkowo potrafią przystępnie ją podać.

Kolejny rozdział to opis najróżniejszych kosmicznych imperiów, które mają w swoim władaniu po kilka systemów planetarnych. Tu także znajdują się opisy innych światów wraz z ich mieszkańcami, jak również dodatkowe informacje dotyczące Korpusów. Autorzy zawarli w tym rozdziale informacje o planetach poza Układem Słonecznym (jak prześmiewczy Bizarro World), a także opisy międzygalaktycznych herosów i złoczyńców takich jak L.E.G.I.O.N czy Sun Eaters.

Rozdział o innych wymiarach (bo czymże byłoby porządne komiksowe uniwersum bez innych wymiarów?) opowiada o równoległych Ziemiach oraz o drogach, które do nich prowadzą. Tutaj też znajdują się zasady i wskazówki dotyczące podróży między wymiarami. Każda z równoległych Ziemi została opisana na tyle dokładnie, aby prowadzący spokojnie mógł wykorzystać ją w swoich scenariuszach, wprowadzając bardzo ciekawy element do rozgrywki. W tym rozdziale znajdziemy też informacje o Planie Astralnym oraz innych mistycznych wymiarach. Możemy dowiedzieć się także o takich miejscach, jak Apokolips czy znana z ostatniego filmu o Supermanie Phantom Zone. Na samym końcu znajdziemy opisy takich bytów międzywymiarowych, jak Antymonitor czy związana z Flashem Speed Force.

Ostatni rozdział traktuje o czasie i przyszłości. Znajdziemy tu uwagi i zasady dotyczące podróży w czasie i zmian w historii. Kolejnym punktem jest opis związanych z czasem i podróżujących w czasie bohaterów i złoczyńców. Znajdziemy tutaj kilku naprawdę potężnych bohaterów, którzy mogą stanowić potężnych przeciwników, lub być po prostu tłem dla wszystkich wydarzeń. Główną częścią tego rozdziału jest opis galaktyki w przyszłości. Autorzy prezentują Legion Superbohaterów i ich Akademię. Znajdziemy tutaj informację na temat ziemskiego rządu (EarthGov) i tego, jak zarządzana jest planeta i Układ Słoneczny. Przyznam, że nie śledziłem wcześniej informacji z tej części uniwersum DC, więc tę część podręcznika przeczytałem z dużym zainteresowaniem.

Podsumowując – tak jak dwa tomy pełne bohaterów i łotrów, tak i ostatni podręcznik opisujący świat gry wypełniony jest po brzegi informacjami i pomysłami na sesje. Jest on kompletnym dopełnieniem tego, co niezbędne jest do gry, a także stanowi swoiste kompendium wiedzy dla ludzi, którzy z grami RPG nie mają nic wspólnego. Dlatego warto posiadać ten podręcznik w swojej kolekcji, nawet jeżeli nie jest się graczem. Natomiast jeżeli grasz w RPG i lubisz DC – musisz mieć ten podręcznik jako prawdziwą kopalnię wiedzy i informacji. Jednym słowem – polecam!

Recenzja pojawiła się pierwotnie w serwisie Poltergeist.pl

Przełom roku – filmowe podsumowanie.

Postanowiłem sobie co jakiś czas napisać podsumowanie filmowe, które – jak to na blogach – będzie bardzo subiektywne. Wybieram do niego raczej blockbustery i filmy „lekkie, łatwe i przyjemne”, więc jeżeli chodzi o kino ambitne, to takiego w moich zestawieniach nie znajdziecie.

Okres jaki sobie obrałem to listopad i grudzień 2013 plus styczeń 2014. Tak, tak – wiadomo, że wszystko już zostało napisane, wszystkie recenzje są dodane, a jednak czuje, że potrzebuje takiego podsumowania. Bez zbędnego przynudzania.

LISTOPAD 2013

– Thor: Mroczny Świat

No cóż – poprzedni Thor do najfajniejszych nie należał. Ze wszystkich filmów, które szykowały nas na Avengers opowieść o nordyckim bogu wypadła najsłabiej. Co ciekawe – w sumie to właśnie ten film dawał nam głównego złego w Mścicielach. Druga część jest – no cóż – jest poprawna. Całe show kradnie oczywiście Loki (czyli bożyszcze nastolatek – Tom Hiddleston) i klata Chrisa Hemswortha. W sumie bawiłem się na filmie nieźle, choć przyznaję, że przeciwnicy byli nieco nijacy. Nie do końca kupiłem ich chęć zabijania i niszczenia. Było to naciągane bardzo mocno – ale cóż – konwencja swoje robi. Na pewno widać poprawę w stosunku do pierwszej części. No i widać iż wszyscy mocno pracują na to, aby całość uniwersum była spójna (vide odcinek Agents of S.H.I.E.L.D). Trzyma poziom.

– Wyścig

I znowu Chris Hemsworth. Tym razem mamy na tapecie pojedynek kierowców, który elektryzował świat F1 w latach 70 poprzedniego wieku. James Hunt i Niki Lauda. Perfekcjonista i hulaka z naturalnym talentem. Zderzenie dwóch różnych charakterów i podejść do wyścigów. A w tle kobiety, nieco imprez i świetne ujęcia mknących bolidów. Muszę przyznać, że nie byłem gotowy na to co zobaczę. Oczekiwałem kolejnego głupawego filmu, który oczywiście reklamowany był jako arcydzieło kina motoryzacyjnego. A jednak zestawienie silnych osobowości i świetna gra aktorska (bo o dziwo Hemsworth gra! i to nie Thora!)nie pozwalają się nudzić przez cały seans. Na koniec warto wspomnieć o świetnych ujęciach w czasie wyścigów bolidów. Zwłaszcza ujęcia w czasie deszczu robią wrażenie i pokazują jak niebezpieczny jest to sport. Najbardziej pozytywne zaskoczenie ostatnich miesięcy.

– Igrzyska Śmierci: W pierścieniu ognia

Nie jestem fanem. Zarówno serii (bo pierwsza mnie nie porwała), jak i książek (bo nie czytałem). Jennifer Lawrence także nie jest moją faworytą ekranową (w przeciwieństwie do niektórych moich znajomych), więc do filmu podchodziłem bez zbędnych emocji. I chyba bardzo dobrze zrobiłem. W sumie szału nie ma i cały czas po głowie kołacze mi się fakt, że książka jest znacznie lepsza. Dla RPGowców – można z książki wyciągnąć kilka fajnych motywów – zwłaszcza jeśli ktoś szykuje jakiś scenariusz, albo kampanię w klimatach survival (obracająca się wyspa jako zegar, niebezpieczeństwa co godzinę, atak małp – wystarczy zamienić zwykłe małpki w zombie i już mamy +miliard do przerażenia). Końcówka filmu dość przewidywalna, ale całość ogląda się bardzo przyjemnie. Trzyma poziom.

I teraz – zapewne zaraz będzie krzyk, że nie oglądałem Frozen. W internetach widzę sporo zachwytów na temat tej animacji, jednak także można przeczytać coś innego – sporo nawiązań do Tangled. Skoro filmy podobne, a mi animacja o złotowłosej nie podeszła, to nie było sensu tracić czasu na Frozen.

GRUDZIEŃ 2013

– Hobbit: Pustkowie Smauga

Długo oczekiwany film, który okazał się znacznie lepszy niż część pierwsza. Co ciekawe film pomimo swojej długości nie wynudził mnie tak jak jedynka. Podobało mi się, jak zrobione jest miasto na jeziorze, oraz gra Martina Freemana. To chyba najmocniejsze dwa punkty, bo uznanie niedoszłego romansu między elfką a krasnoludem uznałem za żart i to niezbyt udany. Przejdźmy jednak do tego, czym najbardziej emocjonowało się środowisko, czyli do samego smoka. Nie jest źle. Ale nie wydaje mi się, żeby było to aż tak superduper zrobione. Nawet w kinie nie było u mnie tego efektu WOW na jaki liczyłem! Dodatkowo jakiś taki … przegadany był ten smok. Czy oni dołożyli mu linii dialogowych w porównaniu do książki? No i zakończenie. Szczerze przyznam, że doskonale rozumiem zakończenie filmu cliffhangerem, ale takim ? Można było film skrócić o jakieś 20 minut i sprytnie zakończyć w czasie rozmowy Bilba ze Smaugiem, a całą „akcję” z oblewaniem smoka płynnym złotem pozostawić na rozpoczęcie części trzeciej. To dopiero byłoby z przytupem!

W sumie grudzień był dość słabym miesiącem, jeśli chodzi o oglądanie filmów. Święta, nadrabianie zaległości filmowych z poprzednich miesięcy spowodowało, że nie miałem dość czasu.

STYCZEŃ 2014

– American Hustle

Nominacje do Oskarów, plejada gwiazd, a jednak czuję niedosyt. Miałem wrażenie, że ten film będzie nieco o czym innym. Na pewno świetnie oddana epoka. Stroje, fryzury (!), makijaże, biżuteria – wszystko na plus. Ale brakowało mi tego czegoś. Mam wrażenie, że ludzie odpowiedzialni za ten film nie do końca byli w stanie zdecydować się, czy ma to być bardziej Ocean’s Eleven, czy bardziej w stronę obyczajowego dramatu. Wyszło to trochę nijako, ale aż tak źle nie jest bo niektóre momenty są zabawne a samo zakończenie i twist ciekawy, choć niezbyt odkrywczy. Jeśli chodzi o obsadę, chyba bardziej docenię B. Coopera i J. Lawrence (tutaj naprawdę pokazała, że jest aktorką, która zasłużyła na Oskara rok temu i nominację w tym roku) niż duet Bale i Adams. Na pewno wielu osobom film się bardzo spodoba. Dla mnie jest ok, ale zabrakło mi tego czegoś.

– Sierpień w hrabstwie Osage

Lubie „przegadane” filmy. Zwłaszcza na podstawie sztuk teatralnych. Może dlatego tak je lubię, bo nie oglądam ich za wiele. Ostatnim takim filmem była Rzeź, na której bawiłem się genialnie. Nie liczę Wszystkich odlotów Cheyenne’a (za ten tytuł ktoś powinien wisieć!), bo to nie do końca ta konwencja. Tym razem jednak dostałem starcie Streep – Roberts, które w moim mniemaniu wygrywa ta druga. Matko bosko – co ona wyczynia w tym filmie. Przez pierwsze 30 minut tylko przecierałem oczy ze zdumienia. Fakin szit! Co ta laska robi? Jak ona gra! W moim osobistym odczuciu wyżej wymieniony duet i walka postaci kasuje totalnie pozostałych aktorów, jacy pojawiają się na ekranie (a przecież uwielbiany Cumberbatch, Juliette Lewis, czy Ewan McGregor to nie siódma liga aktorska). Zmagania matki i córki śledziłem z wielkim zainteresowaniem, a gra aktorska zaskakiwała mnie na każdym kroku. Meryll Streep potwierdziła swój olbrzymi talent, Julia Roberts pokazała się jako aktorka kompletna, której nic nie można zarzucić. Jest jednak malutka łyżka dziegciu w tej wielkiej beczce miodu. Przy takiej plejadzie gwiazd, wydawać by się mogło, że taka produkcja będzie zgarniać same superrecenzje i będzie na ustach wszystkich. Ale czegoś zabrakło. Wydaje mi się, że silne, wręcz przytłaczające kreacje Streep i Roberts dały innym nieco luzu, przez co aktorzy nieco sobie odpuścili. I nie pokazali pełni umiejętności. Może poza Chrisem Cooperem, którego Charlie Aiken to wybijająca się kreacja drugiego planu. Czy popalał maryśke, aby zachować Zen jaki prezentował na ekranie? Bardzo możliwe – po seansie nie widziałem innego wytłumaczenia.

Ze styczniowych premier zostało mi jeszcze do obejrzenia 47 Roninów, Sekretne życie Waltera Mitty, Ja Frankenstein (czy to naprawdę tak zły film jak słyszałem?) i Wilk z Wall Street. Ale o tym już w następnym podsumowaniu.

Injustice: Gods Among Us

injJeżeli miałbym wybierać, które z dwóch multiuniwersów lubię bardziej, to nie byłbym w stanie opowiedzieć się po jednej, konkretnej stronie. I to jest coś, co zawsze uważałem za jedną z najfajniejszych cech wszelakich superbohaterów – opowiadanie się za jedną ze stron. Wraz ze wszystkimi konsekwencjami tej decyzji. Tak było w przypadku sławetnej serii MarvelaCivil War. Tak też jest z największymi bohaterami uniwersum DC – wszyscy oni opowiadają się po jakiejś stronie konfliktu.

Ale zacznijmy od początku: Kiedy dowiedziałem się, że Injustice: Gods among Us tworzone jest przez NetherRealm byłem dość zaniepokojony, mając przed oczami nieudane DC vs Mortal Kombat. Na szczęście tym razem przygotowano się do całego projektu znacznie lepiej, a dodatkowo w grze umieszczono wiele smaczków dla wszystkich fanów DC, jak i wszelakiej maści pasjonatów gier komputerowych.

Należy wspomnieć, że cała historia ma miejsce w alternatywnym świecie (nic nowego, jeśli chodzi o multiwersa obu wydawnictw), które przedstawione zostaje w komiksach dostępnych przed premierą gry. Dowiadujemy się z nich co się tak właściwie stało i dlaczego ta wersja uniwersum DC jest tak ciekawa.

A wszystko za sprawą mojego osobistego ulubieńca – Jokera. Tym razem bierze on na cel kryptońskiego obrońcę Ziemi i powoduje, że ten zabija swoją ukochaną Lois Lane (która jest w ciąży i nosi dziecko Supermana) a także niszczy Metropolis. Doszczętna i nieodwracalna anihilacja miasta, jak i jego mieszkańców powoduje drastyczną zmianę w superbohaterze. Zabija on Jokera na oczach Batmana i wprowadza Reżim. Czyli swoje rządy na całej planecie. Tworzy jeden rząd ziemski i staje na jego czele. Idzie pod sztandarami wolności, pokoju i braku przemocy. Tworzy państwo totalitarne. Ruch oporu (a jakże!) dowodzony przez Batmana postanawia ściągnąć posiłki z innego (właściwego) wymiaru. Przy okazji przenoszą się także drugi Batman i Joker. Czyli wszystko się plącze, jak to w opowieściach o superbohaterach.

Może na początek zajmijmy się trybem historii. Watek fabularny poprowadzony jest przez całą historię jako seria cut scenek, co jakiś czas przerywana pojedynkami. Tutaj nie wybieramy jednej postaci – program sam przydziela nam naszego protagonistę w miarę rozwoju fabuły. Pragnę wszystkich uspokoić – dostajemy możliwość walki zarówno dobrymi (Batman – Batman zawsze jest dobry!), jak i złymi (Joker zawsze jest zły!). Niektóre postacie z alternatywnej rzeczywistości dość ciekawie obrały strony konfliktu, ale nie będę zdradzał szczegółów. Całość skomponowana jest bardzo zgrabnie. Muszę przyznać, że samą Story Mode przeszedłem w dwa wieczory i bawiłem się przy tym rewelacyjnie. Historia wciąga, a i walki same w sobie są tak dynamiczne, że dajemy porwać się zabawie. Aż do wielkiego finału, po którym mamy poczucie dobrze spełnionego obowiązku, brak niedosytu po rozgrywce i, jak zwykle, świetną puentę Batmana.

Pozostałe możliwości, jakie daje Injustice: Gods Among Us to standard, jaki wymagany jest od tego typu produkcji: znajdziemy więc tutaj grę online, z drugą osobą na jednej konsoli, a także przebijanie się przez drabinkę przeciwników w klasycznym Arcade Mode. Jest jednak jeden nowy element, czyli S.T.A.R Labs Missions – seria scenariuszy do rozegrania dla jednego gracza. Różnią się one od siebie w zależności od poziomu trudności, postaci czy miejsca. Są to zarówno pojedynki z przeciwnikami, w czasie których trzeba spełniać dodatkowe warunki (jak na przykład walka Supermanem i potrzeba stawania w nasłonecznionych miejscach dla regeneracji sił), przez minigierki (niszczenie nadlatujących beczek) po banalne wciskanie wyświetlonej na ekranie sekwencji przycisków. Wszystko jest klarownie wytłumaczone, a same zadania nie są może specjalnie wymyślne, jednak niektóre wymagają pewnej wprawy i sprytu, przez co mogą stanowić wyzwanie.

Jeśli chodzi o samą rozgrywkę, to ma ona miejsce w interaktywnych środowiskach. Plansze animowane są w taki sposób, aby stworzyć iluzję 3D, pomimo tego iż mamy do czynienia z 2D podobnego jak w Mortal Kombat. Nie zmienia to faktu, że wykorzystywanie elementów widocznych na ekranie (wisząca świńska tusza, motocykl, wiszące monitory) nadaje walce dodatkowego smaku – nie raz zdarzyło mi się zapominać o możliwościach wykorzystania fragmentów planszy, przez co przegrywałem cały pojedynek bądź jedną rundę. Drugim elementem jest zmiana planszy w trakcie pojedynku. Wystarczy podejść do jednego z boków danej planszy, a potem uwolnić silny atak (z łatwością go rozpoznacie – przeważnie potrzeba chwili aby się załadował i często ów atak odrzuca przeciwnika przez cały ekran). Jeżeli odpowiednio traficie, Wasz przeciwnik przeleci przez ścianę, po czym napotka na swojej drodze jeszcze wiele innych przeszkód, aby w końcu wylądować na innej planszy, gdzie przenosi się rozgrywka. Muszę przyznać, że wygląda to bardzo widowiskowo i zdarzyło mi się kilka razy skrzywić na myśl o tym, jak bardzo musiało boleć takie a nie inne uderzenie. Zachęcam Was do odkrywania tego typu smaczków (zwłaszcza pokombinujcie na planszy, gdzie walczy dwójka olbrzymich superbohaterów!).

Poza otoczeniem trzeba powiedzieć coś także o samych postaciach. W wersji podstawowej mamy do wyboru 24 postacie + 2 jako DLC, co daje dość pokaźną ilość 26 wojowników. Żadna ze stron nie ma przewagi, ponieważ mamy do dyspozycji 13 herosów (takich jak Supek, Batek, Zielona Latarnia i Hawkgirl) i 13 złoczyńców (m.in. Luthor, Joker, Sinestro, Doomsday). Jak widać – każdy znajdzie coś dla siebie!

W czasie walki, poza standardowymi ciosami/kombosami/chwytami/wykorzystaniem elementów środowiska, mamy także do wykorzystania supermoce (a jak!). Oczywiście, zaprezentowane są one w formie paska, który ładuje się wraz z zadawaniem ciosów, jednak jego wykorzystanie nie jest czasowe we wszystkich przypadkach – czasami są to np. 3 specjalne strzały, które można wystrzelić wciskając jeden przycisk. I tak – Bane może wstrzyknąć sobie Venom, aby zadawać silniejsze ciosy, Batman przyzywa wirujące wokół niego batarangi, które rażą przeciwników, a Green Arrow ma do wyboru kilka rodzajów strzał, którymi może zaatakować przeciwnika.

I na koniec – Supery/Ciosy Kończące/Fatality/Miód, Cud, Orzeszki i to czego pragną wszyscy fani bijatyk! I tutaj nie poczułem się zawiedziony. Po załadowaniu paska superkombo jesteśmy w stanie wykonać popisowy atak każdej postaci. Muszę przyznać, że autorzy gry poszli na całość. Nie dość, że są one świetnie dopasowane do każdej postaci (uwydatniając jej supermoce do granic możliwości) to jeszcze wizualnie cieszą oko ze względu na graficzne wodotryski. Oczywiście faworytem recenzenta jest Joker i jego Ciasto – ale to musicie zobaczyć sami!

Podsumowując – Injustice: Gods Among Us to kawał świetnej bijatyki. Dołóżcie do tego dobrze napisaną fabułę i najbardziej kanonicznych wojowników w uniwersum DC i macie hit, jakim ta gra niewątpliwie jest. Jeżeli jesteś fanem DC/bijatyk – absolutnie musisz mieć tę grę. Jeżeli nie – także polecam – można spędzić trochę czasu świetnie się bawiąc. No i dajcie spokój – na pewno jest wśród Waszych znajomych ktoś, z kim swego czasu kłóciliście się na temat wyższości jednej postaci nad drugą – teraz macie okazję ostatecznie rozwiązać ten spór.

Recenzja pojawiła się pierwotnie w serwisie Poltergeist.pl