Community żyje!

community

Ten radosny jakże tytuł związany jest z tym, że jednak będzie szósty sezon serialu Community. Do ostatniej chwili ważyły się losy tej produkcji, jednak w końcu udało się znaleźć kogoś, kto podejmie się produkcji kolejnego sezonu w niezmienionej obsadzie i z Danem Harmonem za sterami.

Co – przy okazji tej notki – każe mi także zareklamować ten tekst – bardzo ciekawe podejście i bardzo ciekawe w moim mniemaniu spostrzeżenia odnośnie stanu samej telewizji, kablówek i tym podobnych. Polecam.

Ale wracając do Community. Serial przewijał się w telewizji od pewnego czasu na różnych kanałach. Oglądałem go z Agą dość mocno na wyrywki. Zwłaszcza uwiódł nas – jak się później okazało – finał drugiego sezonu związany z paintballem z gościnnym udziałem Sawyer’a z Lost.

Josh-Holloway-Community_610

Teraz, kiedy przyszła kolejna serialowa wakacyjna posucha, można było zacząć nadrabiać zaległości. I wtedy przypomniałem sobie właśnie o tym serialu. A że odcinki mają po 30 minut. Cóż – powinno być lekko, łatwo i przyjemnie. I mnie wciągnęło. Pierwsze trzy sezony są w pewien sposób magiczne. Napakowane kliszami, odniesieniami do popkultury, nadętymi mowami i pięknie zachowanym schematem, według którego kręcone były poszczególne odcinki (Jeden sezon to jeden rok nauki w college’u). Wszystko to co dostajemy zagrane jest momentami brawurowo, ale generalnie lekko i przyjemnie. Nic nie męczy, a wręcz wywołuje uśmiech na twarzy oglądającego, który odkrywa coraz to nowe smaczki.

A fabuła? Mamy grupę totalnych przegrywów, która jest poprawna politycznie (według amerykańskich standardów), a jednocześnie pełna jest wad. Tak – wady to najdelikatniejsze określenie, jakiego można użyć aby określić głównych bohaterów, którymi są:

Community- Season 4

Jeff – złotousty oszust, który był prawnikiem. Właśnie był, bo jeden z jego kumpli go podkablował, przez co Jeff (zamiennie można korzystać ze słowa Mr Cool, albo Przystojniak) ląduje w Greendale.

Annie – najmłodsza z całej grupy. Nastolatka po załamaniu nerwowym. W liceum była najmniej popularną dziewczyną, z aparatem na zębach. Ma napady psychozy, jest perfekcjonistką.

Britta – blond aktywistka, która protestuje przeciwko uciskowi, patriarchatowi i czemu tylko chcecie. Kobieta – pech. Wszystko udaje jej się zBritto’ować (obejrzyjcie, to dowiecie się o co chodzi ;) )

Shirley – samotna matka, religjna fanatyczka, stosująca pasywną agresję. Żarty z religii są w Community na porządku dziennym. Wtedy właśnie Shirley staje się postacią dominującą. Poczekajcie aż wszystkie postacie powiedzą w co wierzą. Wtedy cała grupa – jak przy każdej innej okazji nabiera dodatkowych smaczków.

Abed – zamknięty w swoim telwizyjnym świecie … no po prostu Abed :) Dany Pudi, ma genialną gestykulację odgrywając Abeda, tak samo jak niektóre z jego powiedzonek (cool…cool, cool, cool). Dla mnie osobiście – momentami postać, która momentami ciągnie serial (o tym – niżej). Większość najfajniejszych twistów oczywiście dzieje się z jego udziałem.

Troy – chodził do jednego liceum z Annie. Był najpopularniejszym sportowcem, rozgrywającym drużyny futbolowej. Teraz w Greendale (nie dostał stypendium przez kontuzję i zawalony mecz) jest najlepszym kumplem Abeda. Nieco zdziecinniały, nieco … wolnomyślący (ale tylko chwilami). Ma najlepsze wejścia sytuacyjne.

Pierce – stary bogacz, dziedzic fortuny i imperium husteczek jednorazowych. Homofob, cham, żartuje z żydów, gejów, kobiet, innych religii. W tej roli – Chevy Chase.

W serialu gra też Ken Jeong, jako Chang, który jest Nauczycielem Hiszpańskiego/studentem/bezdomnym/ochroniarzem/szefem ochrony/szefem gangu składającego się z dzieci/dyktatorem i niepodzielnym władcą Greendale/człowiekiem z Changnezją.

Po przedstawieniu głównych bohaterów, trzeba zareklamować serial jako taki. Pokażę Wam tylko wybrane fragmenty :)

Pamiętacie mema z foką i napisem GAYYYY?

Wydaje mi się, że to jest oryginał :)

Odcinek w klimatach Glee ? (Obadajcie ten RAP!)

A oto jak Abed wciela się w Batmana!

No i oczywiście piękne odcinki związane z paintballem (finały dwóch pierwszych sezonów):

Jest tak niesamowicie wiele rzeczy, które w Community się pojawiają (odcinek jako animacja poklatkowa, muppety, gra komputerowa, paradokument o fortach i wojnie między frotem z kocy a fortem z poduszek w stylu Discovery!), że musiałbym poświęcić temu mnóstwo miejsca. Dlatego chciałem pokazać Wam jeszcze dwie zachęty :)

1. Odcinek poświęcony DnD :)

2. Jeden z najlepszych odcinków ever – Remedy chaos theory. Wtedy powstaje też Darkest Timeline, która przewija się potem co jakiś czas.

Jeżeli to Was nie przekonało, to nie wiem co musiałbym tu wrzucić. ;)

Enjoy!

Morfina na Odrze, czyli Podwodny Wrocław

10470829_862479017113196_1736898043263674720_n

W sobotę wybrałem się z Agą, Gosią, Asią i Miśkiem na koncert w ramach wrocławskiego festiwalu Podwodny Wrocław. Niby nic, niby kolejny koncercik naszych znajomych (bo na wokalu d’ i Andrzej Strzemżalski, a na basie Bond), a jednak….

Jak widać na zdjęciu powyżej – po pierwsze miejscówka była niecodzienna, bo koncert odbył się na jednym ze statków, które kursują po Odrze. Po drugie – było to kolejne spotkanie ludzi z Eklektik Session – inicjatywy, która świetnie i prężnie się rozwija w moim mieście. Artyści skupieni wokół Bonda co roku dają świetny koncert, inspirowany jakimś filmem (Lost Highway, czy Solaris), ostatnio przekształcili się w kameralny festiwal na którym można posłuchać świetnej muzyki, a teraz wydają płytę.

A po trzecie – koncert ten to Tribute to Morphine. Kapela której hołd składali muzycy gra świetnego, alternatywnego rocka, który w aranżacjach ES’ów wzbogacony o saksofon dawał niesamowitego kopa. Na wokalu dwóch kolesi, których głosy mają w sobie to coś, co powoduje że w jednej chwili uwodzą Cię dźwiękami, w drugiej przyprawiają o ciarki, krzycząc do mikrofonu, a w trzeciej podrywają Cię z krzesła szalejąc przy mikrofonie.

10471201_862479460446485_1143140779136355119_n 10441183_862479493779815_842061289974097026_n

Pomimo tego, że koncert – poprzez miejsce, lekki ścisk i trochę oniryczną atmosferę – był dość kameralny. Łódź sunąca po rzece, szaleństwa muzyków, solówki na basie i wspomnianym wcześniej saksofonie tworzyły niesamowitą atmosferę. A wszystko to okraszone czeskim piwem i pogrążone w oparach zapachowego tytoniu. Rewelacja. Chwilami miałem wrażenie, że jednak czas się zatrzymał, albo wręcz nieco cofnął. Takie koncerty mają swój klimat, który ciężko opisać jest słowami.

10521193_862479253779839_2545020380693257589_n 10420244_862479350446496_7649472115933974895_n

Chciałbym, aby w przyszłym roku także na statkach odbyły się jakieś koncerty. Chciałbym aby takie koncerty odbywały się znacznie częściej, bo jednak statek ma swój klimat, a panorama miasta dodatkowo robi swoje. Kiedy zrobiło się ciemno, poczułem się jak w jakiejś małej knajpie w Stanach żywcem wyjętej z filmu. Brakowało kelnerek i wykidajły przy drzwiach. Magiczne i niesamowite przeżycie. Jeżeli zawitacie kiedyś do Wrocławia i będziecie mieli okazję iść na koncert Eklektik Session – nie żałujcie pieniędzy. Jeżeli ktoś wpadnie na pomysł częstszego organizowania „koncertowych rejsów” po Odrze to na pewno się tam spotkamy, bo nie mam zamiaru przepuścić kolejnej okazji.

A tutaj możecie zobaczyć jak było!

P.S. Wszystkich zdjęć użyczył Sławek Przerwa | www.slawekprzerwa.pl

Wszystkie fetysze Majkela Beja.

Michael Bay – człowiek, który wysadził Biały Dom przy pomocy kosmicznego talerza, zmusił Bruce’a Willis’a do zabawy w górnika na zagrażającej Ziemi komecie, czy innym asteroidzie. Znany z wybuchów, wybuchów, no i swojego zamiłowania do wybuchów. W Internetach znajdziemy wiele filmików, które pokazują, czym jest Michael Bay’s Style!
Ale co najważniejsze dla tej notki – pan Bay dał nam porządną ekranizację Transformerów. I za to należy mu się miejsce w historii kina, ponieważ pierwsze dwie (no dobra – trzecia tak w połowie) ekranizacje przygód wielkich robotów. Dostaliśmy tam wszystko – humor, świetną akcję, wszystkie – przynajmniej moje – ukochane roboty, genialne efekty no i walki. O wybuchach nie wspominam, bo to oczywiste.

Transformers-4-Poster-Preview_1403802743

Kiedy pojawiły się przecieki o nowej części Transformerów, byłem nieco sceptycznie nastawiony – patrząc na część trzecią – ale kiedy zobaczyłem pierwsze przecieki o tym, że pojawią się Dinoboty to od razu wszystkie moje obawy poszły w kąt. DINOBOTY! Damn! Będzie się działo! A potem zobaczyłem Optimusa na Grimlocku – to powinno być dla mnie pierwsze ostrzeżenie, bo Optimus miał miecz, ale inny niż ostrze którym posługiwał się wcześniej. A potem poszedłem do kina…

No i khem, tego – nie idźcie. Poważnie. Jak stwierdził kolega Pajonk „No niestety… Nie sądzilem że kiedyś to powiem ale jest za dużo akcji… Wszystkiego jest za dużo… No a najgorsze jest to że pomiędzy scenami akcji jest albo dramatycznie płytko albo dramatycznie głupio albo dramatycznie nudno…” Zgadzam się z nim. Generalnie zacznijmy od tego, że film jest po prostu za długi. 2,5 godziny praktycznie ciągłego nawalania, zmiksowane z amerykańską flagą i nędznymi tekstami. Tak jak na początku siedzi się ze szczęką w podłodze (no bo nowe Autoboty, Lockdown – który nie jest specjalnie znaną postacią, ale wygląda OSOM) to w miarę upływu czasu szybko osacza nas znużenie. No bo ile można? Nie ratuje tego nawet humor (który jest akurat ok, choć nie najwyższych lotów), czy właśnie efekty, które po pewnym czasie dają nam po ryju swoim nadmiarem.
Aha – w poprzednich częściach historia też może nie trzymała się jakoś super kupy, ale w tej części nawalono taką ilość różnych historii, że dziura goni dziurę, brak logiki wykręca nam ręce, a głupota funduje nelsona godnego olimpijskiego mistrza.

age-of-extinction-transformers-4-bumblebee-wallpaper-hd

No bo tak – weźmy na tapetę samego Optimusa:
– jest jednym z legendarnych Prime’ów (to czemu do cholery wygląda inaczej niż reszta?) – część druga
– jest Królem Arturem Autobotów, który miał swój zakon rycerzy? – część czwarta
– boję się pomyśleć co dalej wymyślą scenarzyści….
– w jednej z pierwszych scen Prime mówi, że tylko Autoboty mogą go naprawić, po czym w czasie ucieczki skanuje ciężarówkę, w którą się zamienia, a potem transformując się w robota jest już czyściutki, zdolny do walki i w ogóle cacy.
– No i pamiętacie jak Jetfire oddaje Prime’owi części, żeby mógł latać w drugiej części? Teraz spoko – Prime ma odrzutowe buty, które pozwalają mu lecieć w kosmos. No ja jebie – prawie jak Neo w pierwszym Matrixie tylko na większą skalę…
– Na koniec jeszcze jedna rzecz. Dlaczego Pozostałe przy życiu Autoboty i Lockdown (którego gęba transformuje się w karabin snajperski – WTF!?) mają ludzkie twarze, a Bee i Prime nie?

Transformers-4-Age-of-Extinction-Hound-in-Robot-Mode

I można tak nadal. Aha – żeby nie było. Wątek Dinobotów przemilczę. Koniec, kropka, nic więcej nie powiem.

Ale kilka rzeczy mi się podobało.
– Genialna miejscówka w Chinach. Blokowisko robi wrażenie chyba nawet większe niż brazylijska Fawela. Przynajmniej z zewnątrz.
– Podobały mi się fury w które się transformowali.
– Podobał mi się Crosshairs i jego płaszcz.
– Galvatron wygląda genialnie – prawie tak samo jak w kreskówce – przynajmniej z twarzy. Tylko dlaczego do jasnej cholery zamienia się w ciężarówkę jak Prime?

Podsumowując – można obejrzeć, jak wyjdzie na DVD, w domu z browarkiem i leżąc a nie siedząc. Nic więcej.

P.S. Aha – ostatnia scena sugeruje, że w kolejnej części może nie być ludzkich aktorów. Zwłaszcza, że przetrwał Galvatron, a to oznacza, że może się pojawić Unicron. A taka mieszanka to raczej skala kosmiczna, niż rozbijanie się po ziemi.

P.P.S. Jak wiadomo, fetyszem Pana Bay’a są wybuchy. Teraz jest jeszcze jeden – robiące fikołki olbrzymie roboty. Tak jak w poprzednich częściach było to jeszcze do zniesienia, tak w Transformers 4: Age of Extinction jest tego po prostu tak idiotycznie dużo, że mało kto jest to w stanie zdzierżyć.

Czy Nathan Drake jest rasowym Tomb Riderem?

Dawno już chciałem napisać ten tekst. Jakoś się nie złożyło na żaden Karnawał Blogowy, więc notka powstaje teraz na spokojnie w czasie podróży.
W chwili obecnej w wirtualnym świecie dwójka bohaterów zmaga się ze sobą o to, kto zastąpi Indianę Jonesa jako najlepszy, jedyny i niepowtarzalny  Zdobywca Skarbów Wszelakich i Ten Który Plądruje Grobowce Wszelakie. Mamy tutaj także starcie z rodzaju dżender – wszak rywalizują kobieta i mężczyzna.
Wszyscy muszą mi wybaczyć, jeżeli pominąłem Waszego bohatera, który mógłby nagle rozbić ten tandem, ale po prostu nie widzę na wirtualnym polu nikogo innego. A zarówno Lara Croft – znana wszystkim doskonale Pani archeolog, o której piersiach napisano już chyba wszystko (łącznie z ekranizacją, choć piosenki chyba nie było) i Nathan Drake – potomek Sir Francisa Drake’a [jak twierdzi], szelmowski i uwodzicielski poszukiwacz skarbów, któremu zawsze coś, albo ktoś staje na drodze.

008

Lara w 2013 roku doczekała się rebootu serii, czym zaskarbiła sobie sympatię wśród wielu moich znajomych. I właśnie – wiele osób zachwycało się nowym tytułem. Sam nie zwracałem uwagi na ten tytuł uwagi przez długi okres czasu – w końcu kiedy do niego usiadłem przeszedłem praktycznie jednym duszkiem. Kiedy jednak skończyłem, ogarnęło mnie pewne strasznie męczące uczucie. Już? Dlaczego tak mało samego Tomb [no bo please – rozwiązywanie zagadek w kryptach, które w sumie są swego rodzaju bonusem to trochę za mało]. Survival pełną gębą z bandą psycholi w tle i odrobiną metafizyki, czy wierzeń i mitów. A sama Lara? Jej transformacja z przerażonego dziecięcia w twardą zabójczynię [inaczej nie da się tego określić] była dla wielu – a tak przynajmniej wynika z dyskusji w internetach – ważnym i bardzo ciekawym wątkiem. Osobiście prawie tego nie zauważyłem – czynnikiem, który uświadamiał mi zmianę w pannie Croft była  zmniejszająca się ilość chlipania i powtarzania, że to „niemożliwe”. Przepraszam wszystkich – takie są moje odczucia. Sama gra owszem – jest świetna, ale za wcześnie jest jeszcze stawiać Larę ponad Nathanem. Może po kolejnej odsłonie to się zmieni – ale oglądając trailer z E3 bardo w to wątpię. Wydaje się, że twórcy i osoby odpowiedzialne za nową odsłonę wolą stawiać na realizm, mrok i tym podobne. A trochę – przynajmniej mi – szkoda tego, że seria idzie właśnie w tą stronę.

Dlaczego?

3645059-original

Bo walka toczy się o schedę po Henrym Jonesie Juniorze! Tutaj trzeba być zabawnym, mieć wiedzę, mnóstwo szczęścia i pełen magazynek. A to wszystko ma Nathan Drake, do tego ma jeszcze – jeśli wierzyć Adze – zawadiacki uśmiech. Sypie żartami z rękawa, odnajduje skarby, które nie są specjalnie popularne i niezbyt często przewijają się w mainstreamie. Tutaj mamy do czynienia z rozrywką w najczystszej postaci. Genialne dialogi, świetne cut scenki i sama rozrywka, która po prostu wciąga, ze względu na prostą, ale bardzo sprawnie napisaną historię. „Crap” w wykonaniu Drake’a jest jednym z moich ulubionych przekleństw znanego mi bohatera, natomiast scena z drugiej części Uncharted, gdy bohater wspina się po zwisającym z przepaści wagonie jest po prostu genialna. Zawsze powtarzałem, że wszystkie gry Naughty Dog napisane są w taki sposób, że wystarczy podstawić aktorów, domontować kilka scen walki i można to śmiało puszczać w kinie. Nawet dialogów nie trzeba zmieniać jakoś specjalnie. W tym przypadku mamy właśnie tą lekkość, której zrebootowanej Larze nieco brakuje. Tak się zastanawiałem, czy nie powinni zrobić jej odrobinę cyniczną, może ze szczyptą czarnego humoru. To na pewno urozmaiciło by tą postać i dodało luzu, którym gry z serii Uncharted wręcz – w moim przekonaniu – ociekają.

Nie wiem – możliwe, że się mylę i tylko przeszłość Tomb Ridera kazała mi zestawić  tą dwójkę razem – ze względu na zainteresowania i hmmm zawód jakim parają się protagoniści w tych tytułach. Te gry oczywiście się od siebie różnią, zamysł jest nieco inny, tak samo jak klimat. A szkoda, bo chciałbym zestawić je ze sobą w tym samym wymiarze i w końcu wyłonić Ostatecznego Zwycięzcę.

W chwili obecnej jest nim zdecydowanie Nathan Drake – ale to tylko dlatego, że ciężki klimat nowego Tomb Ridera nie do końca mi leży. Tak samo jak sama historia, której w moim przekonaniu czegoś brakowało.

Ale poczekajmy – trailery kolejnych części zaprezentowane na E3 w tym roku, pozwalają snuć domysły, że może jednak te gry się do siebie klimatem zbliżą. Czas pokaże.

Koncertowo, czyli jestem za stary na płytę.

Poszedłem wczoraj z Agą na Linkin Park (selfie na końcu notki), bo we Wrocławiu, bo blisko, bo Linkin Park (a to mój trzeci ich koncert i po poprzednich wiedziałem, że będzie dobra zabawa) i nie widziałem supportu – Fall out Boy, a była okazja. Jednak nie spodziewałem się tak zawalonej organizacji i tego co będzie się działo na początku koncertu. Niestety – te kilka minusów popsuło mi nieco obraz całości imprezy, jakkolwiek – spoglądając na wcześniejsze jakże spektakularne wpadki związane z imprezami na stadionie – ocena końcowa jest jak najbardziej pozytywna.

Ale zacznijmy od początku. Miasto podstawiło dodatkową komunikację na stadion – plus. Szkoda, że tramwaje jeździły co jakieś 20 minut, jeden po drugim w parach. Dodatkowo zaraz przed/po tramwajach regularnych linii jadących w to samo miejsce. 30 tysięcy ludzi, namawianie do korzystania z MPK i co? Masakra na przystankach, masakra w tramwajach. Bo po co ustawić tramwaje na zmianę ? Co 10 minut? No po co prawda?

Po dotarciu na miejsce pierwsze co rzuciło się w oczy to kosmiczna kolejka do wejścia. Jak to? Przecież mieli wpuszczać od 18.00, a jest 19.00 – pierwsza fala powinna być już w środku i nie powinno być tak źle. Lekko zdenerwowany zerkam na bramki ludzi, którzy wchodzili na trybuny – pusto, sprawnie, ludzie wchodzą. Więc o co cho? No nic – ustawiamy się w kolejce. I nic się nie dzieje przez dobre 20 minut. WTF?! Okazuje się, że nikt nie jest wpuszczany na płytę. Irytacja rośnie. W końcu kolejka rusza. Przesuwamy się o jakąś 1/3 odległości do bramek. I znowu postój? I tak jeszcze ze 2 razy. Koniec końców wejście do środka zajęło nam godzinę.

20140605_190523

Kiedy udało się przejść przez pierwsze bramki (a kontrola osobista była baaaaardzo pobieżna) w końcu stwierdziliśmy, że jesteśmy w domu. Otóż nie – trzeba się jeszcze było dopchać do drugiego namiotu, gdzie dawano Ci opaskę na rękę. A nie można tego było jakoś ustawić zaraz za bramkami? Od razu wszystko po kolei? Pamiętam, że na OWFie dwa lata temu nie było takich problemów – kolejeczka przesuwała się sprawnie do przodu i nie stało się ponad godzinę do wejścia. No ale w końcu dopchaliśmy się do opasek – tym razem po prostu na bezczela wpychając się gdzie i jak się dało i ruszyliśmy na płytę.

Organizacja imprezy i zawalenie tego co działo się przy samym wejściu (nie wspomnę o parkingu za 40 zł i ponoć źle opisanych trasach, przez co tworzyły się korki, ludzie rezygnowali z parkowania przy Stadionie Miejskim i ogólnym chaosie) nie nastawiało mnie najlepiej do tego, co działo się później. Ale to już osobna kategoria – ludzie.

Pierwsze wrażenie – spory przekrój wiekowy. Od 13-14 latków, po ludzi po 40stce. W sumie LP na scenie jest już kawał czasu. Ma to sens. Zaczyna grać support – mam spoko miejsce, całkiem nieźle widzę (w przeciwieństwie do Agi, która ma z tym problem). Chłopaki z Fall out Boy trochę siadają wokalnie i energetycznie w pewnym momencie, ale generalnie nie jest źle. A dookoła mnie ludzie, którzy chyba pierwszy raz przyszli na koncert. Stałem niewzruszony kiedy dookoła mnie jakieś parki i panowie, którzy chyba pomylili koncerty tańczyli w taki sposób, że zapytałem nawet czy nie zrobić im miejsca do kółeczka, jak na disco, ale nie złapali żartu. Sam lubię poskakać i pogibać się na koncercie. Ale kaman – to co działo się wczoraj to już przeginka. Miałem wrażenie, że wszyscy dookoła mnie są pierwszy raz na koncercie! I – w rozmowach po imprezie nie byłem osamotniony w tym przekonaniu. Po za tym – kręcenie się i przebijanie do przodu. Mieliśmy jakiegoś strasznego pecha, bo staliśmy w ciągu komunikacyjnym, więc cały czas ktoś łaził w jedną i drugą. Najlepsze było to, że tuż przed nami było już tak ciasno, że nie dało się iść dalej. Więc spoko – w tył zwrot i jazda – no ale to po kiego leziesz do przodu baranie? Co zmieni, że przesuniesz się o 2 osoby – tak samo nic nie zobaczysz, jak masz metr pięćdziesiąt. Mistrzem był koleś, który stał koło nas i średnio co 3 minuty przełaził mi na widoku zajęty telefonem kursując od miejsca w którym stał do boku płyty. Może mama sprawdzała czy żyje…

No i na koniec – rozumiem, że w czasie koncertu śpiewa się z kapelą kawałki – ale psychofanki, które stały za mną darły ryja – po prostu. Momentami potrafiły zagłuszyć to co atakowało mnie ze sceny, a przy takim nagłośnieniu – to wyczyn. Autentycznie nie słyszałem tego co śpiewa Chester. No i zabawne jest to, że ja – stary koń – potrafię wyrecytować cały kawałek, łącznie z częściami rapowanymi, a wiele osób drze się tylko na pojedynczych wersach danego utworu – zawsze mnie to bawiło.

Wróce jeszcze na chwilę do kolejki przed wejściem. Kiedy docieraliśmy mozolnie do bramki nagle zaczęliśmy chodzić po butelkach z wodą/colą/pojemnikach z dezodorantem (WTF?!) – przepisy, że nic nie można wnosić na teren imprezy, to nie świeżyna, więc nie rozumiem ludzi, którzy nadal próbują, albo są zdziwieni, że muszą to zostawić. ALE NIE ROZUMIEM jak można było NIE ustawić koszy na śmieci przed wejściem. Jak na lotnisku. Masakra.

No – to sobie ponarzekałem. Sam koncert – bardzo w porzo. Linkin Park uważam za jedną z lepszych kapel do oglądania na żywo. Bardzo profesjonalna produkcja, świetne wizuale, energia na scenie. Widać było, że kapela jest pod wrażeniem polskich fanów i ich śpiewania w czasie numerów (ale to chyba jakaś nasza polska przypadłość?).

No i moc aplikacji typu „latarka” na trybunach w czasie „Leave out all the rest”.

A tak wyglądały trybuny:

20140605_221608

20140605_221631

Dlaczego jestem za stary na płytę? Bo nie chce się irytować. Chyba wolę po prostu mieć spoko miejsce na trybunie, żeby i poskakać i pokrzyczeć, ale bez ścisku, wkurzania się, odczuwania potu całego Wrocławia (cytat z kolegi Andrzeja) i irytacji. A najlepiej to strefa VIP, bo tam widziałem imprezka była na całego. Ale to muszę potroić zarobki.

I już zupełnie na sam koniec mój prywatny apel – Linkin Park, dlaczego „Crawling” poleciał tylko refren!? Miałem beczeć jak dziecko, trzymając się za ręce!

P.S. Wspomniane na początku selfie. :)

20140605_195602

1-2-3 Bloger/Fejmus #15

1-2-3 bloger-logo-01Zachowujemy – przynajmniej trochę – parytety, walkę o dżender i inne takie.

Dziś na kanapie – kobieta, Mistrz Gry i moja znajoma od czasu kiedy stawiałem pierwsze kroki w sieci. Przed Państwem:

Dominika Stępień a.k.a Blancheblogerka, tłumaczka [Kimochi no koryôshi – Les Petits Chasseurs d’Émotions], fanka Steampunku, finalistka Pucharu Mistrza Mistrzów, zdobywczyni Srebrnych Kości, sędzia w GRAMY! i GRAMY Express!, Archipelagu i Quentinie, właścicielka najpiękniejszego psa świata, druga połowa nimdila [albo odwrotnie].

1. Dlaczego Steampunk i dlaczego Castle Falkenstein?

Na pierwszą część pytania trudno mi odpowiedzieć – w końcu to kwestia gustu, a o gustach podobno się nie dyskutuje. Po prostu zawsze należałam do tych RPG-owców, którym bardziej odpowiadają konwencje historyczne lub quasihistoryczne, a steampunk, kiedy zetknęłam się z nim po raz pierwszy, wydawał mi się dużo ciekawszy, niż tradycyjne fantasy nawiązujące do średniowiecza.

Odpowiedź na drugą część pytania jest znacznie łatwiejsza: Castle Falkenstein to po prostu najlepiej napisany podręcznik RPG, jaki kiedykolwiek czytałam. Nie twierdzę przy tym, że system jest pozbawionym wad ideałem, chcę natomiast podkreślić, że – w przeciwieństwie do wielu innych podręczników – Castle Falkenstein to po prostu przyjemna lektura. Tak się składa, że nie lubię czytać RPG-ów. Wiem, że są osoby, które czytają RPG-i tak, jak się czyta powieści, ja jednak nie potrafię się do tego zmusić – jeżeli nie mam w bliskiej perspektywie sesji w danym systemie, to taka lektura jest dla mnie zwyczajnie jałowa i nudna. Castle Falkenstein to wyjątek od tej reguły, system napisany jest zabawnie i ze swadą. Rzeczywiście można go czytać jak powieść. Wielka szkoda, że zupełnie nie czuć tego w polskim wydaniu.

2. Od flejmów/shitstormów i wszelkiej maści rozważań o gender trzymasz się raczej z daleka. Nie korci Cię, aby czasem coś wrednego napisać?

Oczywiście, że korci! Raz nawet w ramach Karnawału Blogowego RPG napisałam tekst, podejmujący te kwestie, najwyraźniej jednak był utrzymany w zbyt łagodnym tonie i przeszedł  bez echa [Jak oswajam groźne słowa]. Może to dobrze, bo uważam, że zdecydowanie lepiej przysłużę się sprawie robiąc swoje i czynem pokazując, że panie są wartościowymi członkami fandomu, zamiast strzępiąc język (czy też z frustracją stukając w klawiaturę) po próżnicy.

3. Miałem już u siebie wcześniej małżeństwo (Denae i Adahl) związane z grami video. Nimdil i Ty to RPGowcy z krwi i kości. Dogadujecie się w kwestiach doboru systemów? Gracie razem? Kłócicie się?

Kłócimy się głównie o psa, bo ja jestem typową nadopiekuńczą matką, a nimdil równie typowym, niefrasobliwym ojcem. Natomiast, nie przypominam sobie żadnych spięć dotyczących RPG-ów, co jest o tyle ciekawe, że tak w kwestii konwencji, jak i konkretnych systemów mamy zupełnie rozbieżne gusta. Świetnym przykładem jest tu Warhammer, którego nimdil bardzo lubi, a ja – wręcz przeciwnie. Mamy na szczęście dostatecznie dużo różnych RPG-ów, żeby zawsze udało się nam znaleźć jakiś kompromis przy wyborze systemu.

Myślę, że w tym momencie RPG-owo dogadujemy się naprawdę dobrze, chociaż sporo czasu zajęło mi przełamanie się i zdecydowanie, że jednak mogę nimdilowi prowadzić sesje. Tymczasem na dzień dzisiejszy mam spore doświadczenie w prowadzeniu sesji dla jednego gracza, a nimdil pełni bardzo ważną funkcję mojego gracza-testera nowych systemów. Najważniejsze jest jednak to, że przy okazji rozmaitych konkursów każe mi wziąć się w garść i zabrania się wycofać, kiedy mam na to ochotę.

 

1-2-3 Bloger/Fejmus #14

1-2-3 bloger-logo-01Dzis na morelowej kanapie zasiadł ktoś, z kim od dawna chciałem porozmawiać. Co prawda nie odpowiedział mi na jedno, bardzo ważne pytanie, które znalazło się w przygotowanym pakiecie, ale cóż – takie już uroki tego cyklu ;)

Nie przedłużając!

Radosław Idol a.k.a Beamhitbloger, rozbójnik, fejmus, banita. Kiedyś miał znacznie ostrzejszy język, jednak po krótkim okresie banicji wrócił i chyba wydoroślał, złagodził ton. Nie zmienia to faktu, że jest osobą cenioną w miejscowych internetach, bo pisze fajnie i bardzo konkretnie.

1. Patrząc na Twoje notki, wydaje się, że piszesz praktycznie o wszystkim z RPGowego punktu widzenia (nie widziałem chyba tylko relacji z konwentów) – zaszufladkował byś się bardziej jako RPGowca, który pisze o swoich sesjach/systemach, czy bardziej jako krytyka samej blogosfery, fandomu?

Nie uważam się za krytyka blogosfery czy fandomu, wbijanie szpil zostawiam innym. No bo tak – Identyfikatory są złe, bez sensu, służą do głaskania się główce w zamkniętym kręgu. Takie były głosy niektórych ludzi z fandomu. Ale z mojej perspektywy to… To tak naprawdę nic mi nie przybędzie, ani nic mi nie ubędzie, nie ważne kto dostanie, a kto nie, i do czego służą te Identyfikatory. Jedyne co mi się nie podoba, to że jak ktoś w fandomie przedstawi jakąś koncepcję, i ktoś się z tym nie zgadza, to zaczynają się wycieczki osobiste. I nawet jeżeli ktoś przytoczy sensowne kontrargumenty, to znikają pod drugą częścią wywodu, w której hejtuje się na lewo i prawo. A trolle to… Zazwyczaj dosyć łebskie jednostki, znające się na swoim hobby, i które jak chcą, są w stanie przekazać fajne ciekawe spostrzeżenia i pomysły. Niestety wolą spożytkować czas na coś innego. Czyli… Jestem po prostu zwykłym erpegowcem który czasami napisze coś o swoim hobby.

2. Ostatnio pytałem Dracha o Edge of Empire – widzę, że Ty także grywasz. Czy to godny następca poprzednich systemów ?

Edge of the Empire jest fajne. Jasne, pewnie subiektywna opinia, ale wielu ludzi co zagrało, stwierdziło to samo. FFG (wydawca EotE) ostatnio przyznał, że to najlepiej sprzedawane RPG w ich historii. W systemie musi być jakaś magia, skoro nawet nie zauważono tak popularnych „edition wars”. Gra przypadła do gustu zarówno weteranom wersji WEG, jak i późniejszym graczom wersji d20. Inną fajną rzeczą jest to, że ludzie piszą też w tym stylu: „Nie jestem fanem Star Wars, coś tam widziałem, ale ostatnio zagrałem w EotE” i… Chcę więcej! Jasne, w tych moich spostrzeżeniach może być po prostu dużo fanatyzmu, i jestem tak nim zaślepiony, że nie dostrzegam jaki to jest system zły i niedobry. Ale z mojego punktu widzenia? To najlepszy Star Warsowy erpeg w historii, nie tylko godny następca, ale też ustawiający poprzeczkę bardzo wysoko dla ewentualnych przyszłych edycji.

3. Bierzesz udział w shitstormach i flejmach ? Wywołujesz je? Miałeś swego czasu łatkę Trolla.

Tak, jestem byłym trollem. Ale człowiek pewnego dnia budzi się i stwierdza, że nie warto. Przepychanki, imputowanie, bluzgi, wypowiedzi z podwójnym przekazem i inne takie zaczynają niektórych w pewnym momencie męczyć. Zaryzykuję stwierdzenie, że nie tylko ja tak mam. Obserwuje ostatnie wpisy blogowe czy dyskusje na g+, i widzę, że ludziom już się nie chce słuchać kolejnego wywodu, że „Beamhit to kretyn, bo w ’84 chciał narysować komiks o Bolku i Lolku, który miał być lepszy niż komiks o Reksiu, który narysował XXX”. Można powiedzieć, że ludzie stają się tacy „wykastrowani, bez pazura” (że tak zacytuję), Ja raczej uważam, że większa część jest już tym zmęczona i idą po rozum do głowy. A reszta potrafi być już tylko smutnymi zgryźliwymi dziadkami. Ale jest jeszcze dla nich nadzieja ;)